Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Marta Leszczyńska: Pamiętasz swoje pierwsze lektury?

Michał Tabaczyński*: Nauczyłem się czytać, nim skończyłem cztery lata - sam tego nie pamiętam i nie wiem, czy nie jest to obarczone błędem rodzicielskiej miłości. Książka dzieciństwa, którą zapamiętałem szczególnie, to "Krajobraz z tęczą" Anny Klubówny. Dostałem ją, kiedy miałem 9 lat. Połączenie albumu i cyklu gawęd o wielkich artystach od Fidiasza do Picassa - taki książka ma podtytuł. Książkę zaczytałem. Była towarzyszką moich wszystkich chorób.

Wiele książek tak "zaczytałeś"?

Czytam dużo i kompulsywnie. Ma to swoje wady. Porzucam książki w połowie, wracam do nich w zupełnie innym miejscu, czytam po kilka razy tę samą. Mam dziwny pociąg do literackich kuriozów, celuję w uwielbieniu dla mniej znanych albo powszechnie pogardzanych książek wielkich pisarzy, wybrzydzając nieraz nad ich arcydziełami. Czytałem więc mnóstwo dziwactw. I je najlepiej pamiętam.

Jakie to były tytuły?

Lektury trochę zakazane, które czytałem po kryjomu. Na przykład "Życie po śmierci" - książka kultowa lat 80. Albo "Wielki las" Nienackiego - czy to naprawdę ten miły pan od "Samochodzików"? Tym trudniej mi było w to uwierzyć, im bardziej się rumieniłem.

Było coś, czego nie czytałeś?

Nigdy jako dzieciak nie czytałem fantastyki, oprócz "Pielgrzymki na Ziemię" Roberta Sheckleya.

Co cię w niej zaciekawiło?

Pierwsze opowiadanie, "Zwiadowca-minimum", pamiętam do dziś doskonale. To historia nieudacznika i pechowca, któremu - w ramach nowego pomysłu na program podboju obcych planet - powierza się misję zwiadowczą, która ma być przygotowaniem do zasiedlenia nowego świata. Jeśli się uda, każdy będzie mógł tam zamieszkać. Bohater przetrwał, ale stracił wartość jako zwiadowca o minimalnych zdolnościach przetrwania. Mimo wszystkich płycizn tego opowiadania to tę metaforę zwiadowcy-minimum doceniam. Jako czytelnicy jesteśmy stale od nowa zwiadowcami-minimum w nieprzerwanym ciągu następujących po sobie misji.

Jak w tym nietypowym zestawie tytułów znalazł się Stendhal?

Wybór podyktowany młodzieńczym snobizmem. Stał na półce, więc sięgnąłem. Zacząłem od początku, a czterotomowe dzieła wybrane otwierała książka esej "O miłości", co dla chłopca stanowiło całkiem atrakcyjną obietnicę. Tej obietnicy oczywiście nie spełniła. Ale czytałem ją później wiele razy, coraz bardziej będąc przerażonym jej aktualnością. I nadal jestem.

Co jest w niej ponadczasowego?

Żarliwość Stendhala - antyklerykalna i nawet antyreligijna - w obronie kobiet i ich prawa do wykształcenia, zresztą: dla dobra samych mężczyzn ani trochę nie traci na atrakcyjności. No i forma eseju - bardzo nowoczesna, te przypisy, ta ironia, ten aforystyczny styl! W przypływie fantazji owo oszołomienie, kiedy to z trudem brnąłem przez te trzysta stron, uznałbym za mityczny początek moich eseistycznych zainteresowań.

Esej to twoja ulubiona forma.

Pociąga ich nieokreśloność, niestabilność formy. Lubię, że wszystko wolno. I że nic nie jest ostateczne. I że pomieszczą wszystko: opis pospolitego doświadczenia i wyrafinowane interpretacje dzieł sztuki, i to w jednym akapicie.

Wedle etymologii słowa "esej" to próby. Z czym się mierzyłeś w swoich książkach?

W "Widokach na ciemność" próbowałem sobie poradzić ze wspomnieniami, a w "Legendach ludu polskiego" mierzę się z polskością, mitami życia społecznego. Ale najbardziej pociągająca jest ta, którą piszę teraz. Też będzie próbą.

Tłumaczenia były twoją kolejną misją?

Zadebiutowałem pomysłem straceńczym - antologią przekładów współczesnej amerykańskiej poezji gejowskiej i lesbijskiej.

Nikt wcześniej w Polsce nie podjął się tego zadania.

Dwadzieścia osobowości, dwadzieścia stylów, cały zakres używanych w poezji form, a do tego doświadczenia, do których miałem ograniczony dostęp. Autorzy byli homoerotyczni, ja natomiast byłem świeżo po ślubie. Karkołomność na granicy katastrofy. Ale jestem bardzo dumny, że to wtedy zrobiłem. I ze względów literackich, bo jest tam kilka naprawdę niezłych przekładów. I ze względów, powiedzmy, światopoglądowych, bo chciałem stanąć po stronie tych, którym odmawiało się i odmawia głosu.

Przez te dziesięć lat, jakie minęły od premiery antologii, nikt nie wydał książki żadnego z tych poetów.

Dopiero ostatnio jeden z tłumaczonych przeze mnie autorów, D.A. Powell, był honorowym gościem gdańskiego festiwalu Europejski Poeta Wolności i z tej okazji doczekał się arkusza po polsku.

Michał Tabaczyński - eseista, tłumacz, krytyk literacki i doktor nauk humanistycznych.

Tekst powstał w związku ze spotkaniem z Michałem Tabaczyńskim, które odbyło się 18 kwietnia 2016 roku w Miejskim Centrum Kultury, na zamówienie i z inspiracji Organizatorów Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016 i Światowej Stolicy Książki UNESCO 2016.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.