Stoi nieopodal baru "Pod Kogutem". Wyłania się wśród sosnowego lasu dość nieoczekiwanie. O pomniku z Puszczy Bydgoskiej i historiach z nim związanych pisze Emilia Walczak w cyklu "Pamiętniki gapiów 2022"
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dziś druga część naszego cyklu "Pamiętniki gapiów 2022". I druga z opowieści bydgoskiej pisarki i krytyczki literackiej - Emilii Walczak. Po wizycie na stadionie Chemika, tym razem przenosimy się kawałek za Bydgoszcz. Do Puszczy Bydgoskiej. Tam, gdzie można się zgubić, ale i odnaleźć kawał historii.

TU PRZECZYTASZ poprzednie odcinki "Pamiętników gapiów"

Pomnik

Kiedy wędrujemy oznaczonym kolorem niebieskim, nowym szlakiem „Niepodległości 1920" (wytyczonym w 2020 roku z okazji stulecia powrotu Bydgoszczy w granice Polski), wiodącym przez lasy Puszczy Bydgoskiej, czy też nieco starszymi, skupionymi w grupie „Szlaków Noteci": czerwonym – „Wolnościowym" – z B. do Nowej Wsi Wielkiej, zielonym – tak zwanym szlakiem „Relaks" – z B. do Chmielnik, albo czarnym szlakiem „Komputerków", z miasta nad Brdą do leżącego nad Wisłą Solca Kujawskiego, na ich przecięciu we fragmencie lasu należącego do leśnictwa Bielice, tuż za południową granicą Bydgoszczy, nieopodal baru leśnego „Pod Kogutem" naszym oczom ukazuje się coś, co z daleka przypominać może… pokaźnych rozmiarów przyczepę kempingową. Gdy podejdziemy jednak bliżej, okazuje się, że jest to ni mniej, ni więcej pomnik upamiętniający – jak głosi zawieszona nań tablica – pięćdziesięciu jeden patriotów zamordowanych tutaj przez hitlerowców dnia 5 grudnia 1939 roku (cytując: „Zamordowanym tu w dniu 5 XII 1939 przez hitlerowców 51 patriotom w hołdzie społeczeństwo Bydgoszczy").

Zbrodnia. Za moich czasów, to jest jakieś trzy dekady temu, pomnik ów był szary, od lat nieodnawiany, i porośnięty mchem rozpływał się w poszumie otaczającej go monokultury sosny. W roku 2018 doczekał się jednak małego remontu i wtedy to właśnie, pociągnięty jasną farbą, zaczął przypominać wspomnianą przyczepę. W pobliżu postawiono też wówczas tablicę przybliżającą turystom historię bestialskiego incydentu w bielickim lesie. Dowiadujemy się z niej, że liczba ofiar, na których w okresie od września do grudnia 1939 roku naziści – najpewniej przybyły z Gdańska oddział Einsatzkommando 16 (EK 16), wspierany aktywnie przez miejscowy paramilitarny Selbstschutz składający się z bydgoskich volksdeutschów – przeprowadzili w tym miejscu egzekucje, jest zaledwie przybliżona. Wiadomo natomiast, że znajdowali się pośród nich bydgoszczanie aresztowani w pierwszych dniach okupacji, którzy zamordowani zostali pod propagandowym pretekstem – jako rzekomi sprawcy śmierci ludności niemieckiej podczas tak zwanej krwawej niedzieli bydgoskiej w dniach 3 i 4 września 1939 (w tym miejscu najlepiej, jeśli zajrzycie państwo do wyczerpującego temat hasła „Blutsonntag" w „Pamiętniku gapia" profesora Zbigniewa Raszewskiego). W kolejnych tygodniach zaś trwała w tym miejscu zaplanowana akcja eksterminacji ludności polskiej, w tym inteligencji i działaczy społecznych (tzw. Intelligenzaktion). Zatrzymani trafiali najpierw do obozu utworzonego w koszarach 15 Pułku Artylerii Lekkiej przy ulicy Gdańskiej (zbudowanych w 1885 roku, według Raszewskiego zwanych przez Niemców – „Scharnhorst-Kaserne") i stąd wywożeni byli następnie na obrzeża Bydgoszczy, gdzie naziści dokonywali nań masowych egzekucji. W tym także do lasu bielickiego.

„Zawieźli mnie do koszar artyleryjskich. Znalazłem się w zapchanej więźniami stajni. Na chodnikach, w betonowych korytach, nawet przy ściekach z gnojówką – wszędzie leżeli ludzie. Byli to urzędnicy, lekarze, kupcy, księża, rajcy miejscy, dziennikarze, adwokaci, ekspedienci, nauczyciele – słowem przedstawiciele niemal wszystkich stowarzyszeń, ugrupowań i instytucji, jakie istniały w tym mieście. Okazało się, że wszyscy oni byli tak samo jak ja mordercami i wszyscy w niedługim czasie zostaną rozstrzelani. […] Tymczasem na dziedzińcu koszar ładowano ludzi do samochodów. Ludzie ci byli znaczeni białymi krzyżami na klapach marynarek lub na plecach. Szli przez plac, trzymając ręce na karku, i kiedy wchodzili do ciężarówki, choć było im trudno, nie zdejmowali rąk z karku. Strażnicy upychali ich kolbami, kierowcy kłócili się, że samochody są przeciążone i tak przez cały dzień jedni krzyczeli na drugich" – pisał w swojej wstrząsającej „Klatce" związany z Bydgoszczą literat Kazimierz Kummer (Lublin 2015, s. 428).

Po wojnie, 8 listopada 1946 roku ekshumowano tutaj pierwsze szczątki ofiar. Ave atque vale. Było to osiemnaście osób, spośród których rozpoznano tylko jedną – Henryka Krzyczyńskiego, konduktora kolejowego (a kolejarskie rodziny polskie nie miały wówczas lekko, czego dowodem choćby tragiczne losy zmarłej 8 sierpnia tego roku wyśmienitej pisarki Zofii Posmysz). Komisja sądowo-lekarska stwierdziła później, iż mordercy przyprowadzali swoje ofiary na skraj wykopanej mogiły i pozbawiali je życia strzałami oddanymi niehonorowo w tył głowy. Tym samym w pobliżu pomnika jeszcze niedawno widoczne były doły, które pozostały po ekshumacji ciał poległych. Ich zwłoki przeniesiono później na teren martyrologicznego cmentarza Bohaterów Bydgoszczy na Wzgórzu Wolności, gdzie dołączyły one do przeszło tysiąca stu ciał mieszkańców naszego miasta zamordowanych w okresie okupacji hitlerowskiej między innymi na Starym Rynku, w Dolinie Śmierci oraz innych lasach podmiejskich.

Józef Makowski. Memoratywny pomnik w lesie bielickim wzniesiony został w 1971 roku dzięki staraniom bydgoszczan.

Józef Makowski
Józef Makowski  Archiwum rodzinne

Zaprojektował go Józef Makowski, urodzony 19 sierpnia 1914 w Toruniu, zmarły 6 października 1997 roku w Bydgoszczy i pochowany na cmentarzu na Jarach, związany artystycznie z naszym miastem rzeźbiarz, metaloplastyk, malarz, grafik i rysownik, autor między innymi:

– monumentalnego pomnika we wspomnianej wyżej fordońskiej Dolinie Śmierci (1975);

– przypominającej działo, modernistycznej „Złamanej Róży" w parku Jana Kochanowskiego (1969);

– charakterystycznych czterech kamiennych ryb, które przez ponad czterdzieści lat, do 2010 roku, tryskały wodą z brzegów misy dzisiejszej – zrekonstruowanej – fontanny „Potop" w parku Kazimierza Wielkiego (przez lata składowane w Spółdzielni Socjalnej „Bydgoszczanka" przy ulicy Smoleńskiej 43, odrestaurowane, 2 czerwca tego roku trafiły na schody przy Brdzie na Wyspie Młyńskiej);

– plenerowego zakątka z ceglaną bramką tamże (czyli śladu po wystawie przemysłowej z okazji 600-lecia miasta B. w 1946 roku);

– czy też zwartych, realistycznych, kamiennych rzeźb przedstawiających Fryderyka Chopina i Ignacego Paderewskiego, ustawionych przed wejściem głównym do Filharmonii Pomorskiej (1973–1975).

Ulica czy może raczej zachwaszczona ścieżynka imienia Józefa Makowskiego – zachodnia odnoga ulicy Stanisława Horno-Popławskiego (granitowy pomnik ku czci Henryka Sienkiewicza dłuta tegoż stoi od 1968 w bydgoskim parku Kochanowskiego) – od 2010 roku znajduje się nad Kanałem Bydgoskim, w pobliżu ulic Teofila Ociepki i Poli Negri. Wspaniale odzwierciedla to położenie i znaczenie kultury w naszym mieście/kraju/świecie: jak zwykle zepchnięta na manowce.

Trójkąt Bielicki. Tymczasem w stronę pomnika, kiedy pogoda dopisała, chodziło się często na spacer z psem, a jesienią na grzyby (las w okolicach ulicy Dąbrowa obfitował niegdyś w podgrzybki i jagodziny – obecnie raczej w śmieci). Czarnym szlakiem dobrze jechało się tam również z Glinek rowerem. Ale tuż za pomnikiem, zbaczając lekko na południowy wschód celem „dobicia" do Dąbrowy, wpadało się każdorazowo w jakiś tajemniczy „Trójkąt Bermudzki" (czy może raczej – „Trójkąt Bielicki"?), całkowicie traciło orientację w terenie i gubiło na amen. Kiedyś, już w dorosłym życiu, poszłam do pomnika z mamą i powiedziałam: „Chodź, pokażę ci, gdzie się kiedyś zgubiłam na rowerze" – „A jak się zgubimy?" – „Nie zgubimy się, bo już wiem, gdzie trzeba skręcić. Poza tym mamy telefony". Po czym, oczywiście, zgubiłyśmy się. Na nic były nam wówczas nasze smartfony, GPS-y i internet – w Trójkącie Bielickim szaleją bowiem urządzenia i ludzie. Całkowicie tracą azymut i kontenans, ucząc się pokory względem leśnych ostępów rodem z „Z Archiwum X".

W końcu, po dość długim czasie spędzonym w towarzystwie globus histericus, spotkałyśmy jakiegoś starzyka na rowerze. Ten, spytany o „taką asfaltową drogę", wskazał nam ochoczo, miast Dąbrowy, kierunek na… aleję Jana Pawła II. Tata nie dostał obiadu na czas.

Z mamą już, niestety, nigdy nigdzie się nie zgubię, a bardzo chciałabym. Odeszła w marcu tego roku. Scripta manent, głosi podobno łacińska sentencja. Mój skromny pomnik ze słów poświęcam Jej pamięci.

Emilia Walczak

Organizator projektu: Stowarzyszenie Koloroffon

Współfinansowanie: Miasto Bydgoszcz

Partner: „Gazeta Wyborcza"

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem