Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zapraszamy Was, Drodzy Czytelnicy do lektury odmiennego w stylistyce odcinka naszego cyklu „Pamiętniki gapiów 2021". Swoje wspomnienia Szwederowa prezentuje nam Michał Tabaczyński, bydgoski eseista, tłumacz i krytyk literacki. Przypominam, że zaproszeni przez nas bydgoscy autorzy oddają hołd postaci prof. Zbigniewa Raszewskiego i jego książce „Pamiętniki gapia. Bydgoszcz, którą pamiętam z lat 1930-1945". Książka została rok temu wznowiona wysiłkiem Stowarzyszenia Koloroffon. Nasze Pamiętniki gapiów 2021" współtworzyli już: Emilia Walczak, Agnieszka Wysocka, Józef Herold. A teraz – Michał Tabaczyński. Zatem przenieśmy się na jego Szwederowo.

Szwederowo. Pamiętam…

„133. Pamiętam, że mój pierwszy rower miał opony dętkowe.

365. Pamiętam reklamy malowane na ścianach domów.

461. Pamiętam kroniki filmowe".

[Georges Perec, „Pamiętam że" (przeł. K. Zabłocki)]

  • Pamiętam, że będąc dzieckiem (a musiałem być dzieckiem nie tyle wyjątkowym, co po prostu dziwnym), chciałem zapamiętać wszystko to, co widzę wokół – zupełnie tak, jakbym wiedział (a przecież nie mogłem wiedzieć, nie mogłem nawet przypuszczać, mogłem – w najlepszym razie – przeczuwać), że większość tego świata zniknie.
  • Pamiętam Szwederowo, tę moją (tak bardzo moją, że pamiętam, iż mówiąc, skąd jestem, oznajmiałem „ze Szwederowa", a nie „z Bydgoszczy") dzielnicę, przed wielką zmianą; mógłbym powiedzieć nawet: przed Wielką Katastrofą, która zmieniła jej oblicze – i dzisiaj nic już nie jest takie, jakie było wtedy, dawno, pradawno, przed wielką zagładą gatunków.
  • Pamiętam Szwederowo ogrodów, sadów, szklarni i pasących się na Inowrocławskiej krów.
  • Pamiętam obdarte ze skóry króliki wiszące na ścianach pozbijanych z nie wiadomo czego (w istocie: wszystkiego, co było pod ręką) budek na podwórkach domków na Leszczyńskiego.
  • Pamiętam nawet, że ul. Leszczyńskiego nie nazywała się Leszczyńskiego, tylko Małgorzaty Fornalskiej (i długo nie mogliśmy się do tej nowej nazwy przyzwyczaić – tak samo jak do ks. Skorupki, która wcześniej nazywała się Gwardii Ludowej).
  • Pamiętam, ale to akurat pamięta każde kilkuletnie dziecko, że dzisiejsza Herberta nazywała się Kruczkowskiego i doprawdy nie mogę nadal pojąć, komu przeszkadzał ten nie najgorszy przecież przedwojenny jeszcze pisarz (podobnie jak nie mogę zrozumieć, jaką chwałę wybitnemu poecie ma przynieść nazwanie jego imieniem tej najmarniejszej i najbardziej marginalnej z peryferyjnych uliczek Szwederowa).
  • Pamiętam wielki pożar domu na Bielickiej (tuż za tymi wojskowymi budynkami, które później stały się katolicką szkołą średnią, a teraz chyba – rozbudowanym mieszkalnym blokiem), o którym mówili, że spłonął w nim żywcem koń trzymany w jednej z tych szop; bo pamiętam, że na Szwederowie ludzie hodowali takie zwierzęta – już w tym stuleciu na podwórku przy Lenartowicza biegały nie tylko lamy będące atrakcją dla okolicznej dzieciarni, ale i na Nowodworskiej wypasała się beztrosko koza.
  • Pamiętam kino Słońce na ogródkach działkowych przy Gwardii Ludowej i pamiętam, że byłem tam z klasą na „W pustyni i w puszczy".
  • Pamiętam przedszkola, których już nie ma, a do których chodziłem: kilka pokojów na parterze wieżowca przy Fornalskiej, domek z czerwonej cegły na rogu Bielickiej i Inowrocławskiej, mały budynek za blokami przy Brzozowej.
  • Pamiętam wyraźny podział na Nowe i Stare Szwederowo, który się teraz zaciera (albo już zupełnie się zatarł razem z intensywną deweloperką prowadzoną na każdym wolnym placu i w każdym zaczarowanym ogrodzie).
  • Pamiętam, jak mojemu kuzynowi Pawelcowi złamali rękę przy Tęczy w nocy, gdzie – jakże nierozważnie! – chciał zrobić zakupy, a nie był stąd; nie był stąd, miał przy sobie gotówkę i była noc – fatalne wprost połączenie.
  • Pamiętam, że i tak miał szczęście, bo przecież w biały dzień w bramie przy Nowodworskiej zabili młodego chłopaka (jak to się mówi: gołymi rękoma).
  • Pamiętam basen na Kossaka i pamiętam brodzik ze zjeżdżalnią w ogródku jordanowskim (mało, że pamiętam, ja się tam wiele razy kąpałem!).
  • Pamiętam, że na Inowrocławskiej (najpewniej można to było z terenu tych basenów na Kossaka zobaczyć – używam liczby mnogiej, bo był przecież tam i duży, i brodzik, i jeszcze do tego budynek z przebieralniami) ktoś budował pełnomorski kuter albo jacht – tak po prostu, na podwórku jednorodzinnego domku, co wydaje mi się tak nieprawdopodobne, że sam swojej pamięci nie dowierzam (ale przecież pamiętam, pamiętam, uparcie to pamiętam).
  • Pamiętam, że byłem na jakimś koncercie w Modusie, ale za nic nie pamiętam, że to był koncert Green Day, chociaż „Walezy" zarzeka się, że był tam ze mną i dokładnie to pamięta (więc: pamiętam, że niedokładnie to pamiętam, ale mu wierzę: bywaliśmy wtedy na koncertach w Kablu i w barakach na Solnej, mogliśmy być i razem w Modusie na Green Day).

         Bo pamiętam Modus, gdzie byłem nawet na jakiejś wycieczce szkolnej.

         I pamiętam pętlę autobusu linii 61 koło Modusu – autobus („ogórek") jeździł wtedy Konopnickiej i                 skręcał w Bielicką, której w tamtych czasach nie przecinała jeszcze Solskiego.

  • Pamiętam, jak na Dniach Szwederowa śpiewał Krzysztof Krawczyk (czyli właściwie: pamiętam ten najmarniejszy moment kariery Krawczyka, kiedy to musiał śpiewać na osiedlowych festynach), a scena stała na tyłach pawilonu handlowego, na który nie mówiliśmy nigdy inaczej niż „Niebieski".
  • Pamiętam, że te dwa osiedlowe pawilony handlowe z blachy falistej nazywało się odpowiednio: „Niebieski" (przy Konopnickiej) i „Biały" (przy Brzozowej).
  • Pamiętam (z dojmującą boleścią) moich kolegów z podstawówki nr 50 (im. Jana Kilińskiego), Michała i Rafała, którzy w podobnym czasie – nie osiągając jeszcze pełnoletniości – popełnili samobójstwo: Michał nauczył mnie gwizdać na palcach, z Rafałem złaziłem całe osiedle wzdłuż i wszerz.
  • Pamiętam, kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się, że jakiś „Śledziu" rysuje komiks o naszej dzielni, i byłem dumny, że nasze osiedle nazwał Swoboda.
  • Pamiętam, że tak się właśnie czuliśmy: swobodni.
  • Pamiętam, że tam, gdzie teraz biegnie ul. Solskiego, pomiędzy Leszczyńskiego i Gackowskiego, była wielka łąka, na której wiosną puszczałem z dziadkiem latawce, a pewnej jesieni moja matka, prowadząc mnie tamtędy do przedszkola, zgubiła but w głębokiej glinie – i dalej już szła boso; później to miejsce zaznało krótkotrwałej, ale ogólnopolskiej sławy, bo przeszła właśnie tamtędy mała trąba powietrzna, zrywając blaszane dachy z garaży i wzbijając na kilka metrów w górę kurz i śmieci.
  • Pamiętam, że mieszkałem dwa piętra nad dziadkiem jednego z najsławniejszych opozycjonistów i już 12 grudnia w nocy wiedzieliśmy, że coś złego się dzieje, że coś dziwnego się może wydarzyć – milicja już wtedy przyszła go aresztować, robiąc raban na całą klatkę.
  • Pamiętam, że startujące z pobliskiego (widzianego z okien) lotniska wojskowe samoloty robiły taki hałas, że nie można było oglądać telewizji (tzn. akurat oglądać było można, tyle że bez fonii, którą zastępował złowieszczy huk, toczący się za grzmotem grzmot), a dużo później widziałem z okien, jak na lotnisku lądował rusłan.
  • Pamiętam jeszcze więcej, bo byłem dziwnym dzieckiem, które teraz się starzeje i pamięta coraz więcej, a tego nie przewidziałem, to mi się po prostu wtedy nawet nie śniło.

Michał Tabaczyński

Organizator projektu: Stowarzyszenie Koloroffon, współfinansowanie: Miasto Bydgoszcz.

Partner: „Gazeta Wyborcza".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.