Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Urszula Jaroszek: Lubi pani swoją pracę w branży beauty?

Ewelina Ziółkowska: Wykonuję zawód, który ma sprawić, że ludzie poczują się lepiej. To jest niesamowite uczucie, kiedy zdejmuję klientce pelerynę i widzę w jej oczach podziw dla samej siebie.

Teraz sytuacja diametralnie się zmieniła.

– Niestety tak. Przyszedł moment, w którym stałam się dla klientki, przychodzącej przecież do mnie po lepsze samopoczucie, śmiertelnym zagrożeniem. Nasz salon jest zamknięty od dwóch tygodni, ale była to tylko i wyłącznie nasza decyzja. Według prawa mogę przyjechać do pracy, do swojego salonu, chociaż klient teraz, po rozporządzeniu rządu, chyba już tego zrobić nie może. Przecież wizyta u fryzjera nie jest rzeczą pierwszej potrzeby. Tutaj jest bardzo dużo nieścisłości, których nikt nie chce wyjaśnić.

Właśnie dlatego postanowiła pani o zamknięciu salonu na czas epidemii?

– Pośrednio. Ja po prostu jestem świadoma zagrożenia. Dużo właścicieli salonów fryzjerskich to osoby świadome i właśnie dlatego w Bydgoszczy większość z nich jest pozamykana. Ja i wiele znanych mi fryzjerów zrezygnowaliśmy z możliwości utrzymania siebie i swoich rodzin. Zaryzykowaliśmy utratę firm, na które pracowaliśmy całe zawodowe życie, ale do teraz uważam, że to słuszna decyzja.

Słuszna, ale nie odgórna. Salon mógłby przecież działać.

– Oczywiście, że rząd nie kazał nam zamykać salonów, chociaż wydaje mi się, że to dlatego, że musiałby nam wtedy pomóc finansowo, a utrzymanie takiego biznesu to nie są małe kwoty. Odroczenie ZUS-u i podobne zabiegi niewiele zmienią, bo nadal tych pieniędzy nie będę miała, skoro moje źródło zarobku teraz nie istnieje. Zamykając salon, kierowałam się zdrowiem moich pracowników, klientów i moim. Zdrowie mimo wszystko jest najważniejsze, chociaż skutki finansowe naszej decyzji są katastrofalne.

Ewelina Ziółkowska prowadzi salon fryzjerski na bydgoskim GórzyskowieEwelina Ziółkowska prowadzi salon fryzjerski na bydgoskim Górzyskowie Fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta

A może wystarczyłoby wprowadzić jakieś dodatkowe środki ostrożności i pracować dalej, mimo zagrożenia?

– Żadne dodatkowe środki ostrożności nie pomogą. W swojej pracy dotykam ludzi, podchodzę do nich, nie mam możliwości zachowania zalecanej odległości 1,5 m od drugiego człowieka. Od samego początku do sprawy podeszliśmy poważnie. Dezynfekowaliśmy wszystko, co się dało: klamki, terminal, fotele, wszystko, czego klient dotknął. I tak za każdym razem. Tylko że to niewiele daje. Wystarczy, że do salonu przyjdzie jedna zakażona osoba, wirus przenosi się drogą kropelkową, a podmuch suszarki, która jest używana co chwilę, rozpyla to na cały salon. Taka osoba może potencjalnie zarazić później nas wszystkich i choroba będzie się rozprzestrzeniać.

Czyli były obawy, że możecie w salonie się zakazić?

– Takie obawy zawsze są. Nasz salon obsługuje dużo klientów, którzy przyjeżdżają z zagranicy albo wykonują pracę, która zmusza ich do podróżowania. Niestety, ludzie też nie zawsze są odpowiedzialni i nie myślą o zdrowiu innych, a my nie mamy przecież możliwości zweryfikowania, czy ktoś był ostatnio za granicą albo miał z kimś takim kontakt. Nawet gdybym nie wiem jak się starała, nie byłabym w stanie ustrzec siebie i swoich pracowników. Galerie handlowe czy siłownie zostały zamknięte, ale salony fryzjerskie już nie, a jest to przecież miejsce, w którym zakazić można się bardzo łatwo.

Zamknięcie salonu to ogromne straty. Nie miała pani wątpliwości?

– Skutki finansowe naszej decyzji są druzgocące, bo tracimy nie tylko pieniądze, ale i pracowników. Marzec w naszej branży zawsze jest miesiącem, w którym zarabia się dużo, więcej niż w pozostałych. W pierwszych dwóch tygodniach generuję większy obrót niż przez cały luty. Ludzie budzą się do życia, chcą o siebie zadbać, czuć się świeżo.

Musieliśmy dać wypowiedzenie jednej z naszych fryzjerek, bo jeśli salon nie będzie generował żadnych zysków przez powiedzmy kolejny miesiąc, to po prostu nie miałabym jej z czego zapłacić. Nikt nie ma budżetu z gumy, a przecież nasza firma dalej istnieje i musimy mieć z czego wnieść opłaty. To, że salon nie przyjmuje klientów, nie znaczy przecież, że nie trzeba zapłacić za wodę, prąd, wywóz śmieci czy wynajem. Decyzja o zamknięciu była też trudna ze względu na to, że nasze fryzjerki dostają premię zależną od obrotu. Naturalnie więc chciały, żeby salon funkcjonował jak najdłużej. Nie wszyscy rozumieją naszą decyzję. Spotkałam się z opiniami, że zamknięcie salonu odbyło się zbyt szybko, że przecież rząd nam nie zakazuje wykonywania usług i że to nie rząd zamknął branżę beauty, tylko branża zamknęła się sama.

Może dobrze byłoby w tak trudnym czasie poszukać wsparcia wśród innych osób z branży?

– Staramy się wspierać siebie nawzajem. Powstało wiele grup w mediach społecznościowych. Wrzucamy tam najnowsze informacje o poczynaniach rządu, które są ważne dla naszych biznesów, udzielamy sobie porad i odpowiadamy na pytania. Tyle tylko, że to nie wystarczy. Wszystko, co wprowadza rząd dzieje się za późno. Potrzebuję wiedzieć teraz, co zrobić z pracownikami: czy dawać im wypowiedzenia, czy może znajdzie się sposób na zapewnienie im wynagrodzeń. Nie wiem też, co robić ze swoją firmą, nie wiem, czy będę musiała płacić ZUS, czy jakieś płatności zostaną odroczone, czy może nie będę musiała ich płacić w ogóle. Jestem w kropce, a znikąd nie można doprosić się o pomoc, a przecież powinniśmy ją dostać. Lokalne firmy powinny być ważne.

Skoro od rządu pani salon nie uzyskał żadnej pomocy, to może chociaż lokalne władze zainteresowały się losem fryzjerów?

– Żadnej pomocy nie uzyskaliśmy, chociaż liczymy na to, że jak nie rząd, to właśnie lokalne władze coś zdziałają i jakaś forma pomocy stanie się dla nas dostępna.

Martwi się pani, co stanie się z salonem po tym, jak epidemia już minie?

– Martwię się, że po tym wszystkim nie będę miała już do czego wracać. Bez pomocy państwa nie tylko stracimy nasze firmy, ale zostaniemy z nieopłaconymi rachunkami, kredytami, ZUS-em i wynagrodzeniami. Zamknięcie salonu będzie nasz kosztowało kilkadziesiąt tysięcy złotych, to nie są kwoty, które małe firmy są w stanie odłożyć, nawet jeśli ktoś myślał, że taka sytuacja będzie miała miejsce. Jeżeli po epidemii ma wrócić jakaś normalność, za którą przecież wszyscy tęsknimy, jeśli ludzie zatrudnieni w naszych salonach mają mieć miejsce pracy, do którego mogą wrócić, to oczekujemy od rządu pomocy. Mam poczucie, że przez to, że chcieliśmy być odpowiedzialni, że martwimy się o zdrowie innych, to zostaliśmy pozostawieni sami sobie.

Akcja Gazety Wyborczej i Booksy.com. Solidarni 2020. Prześlij trochę wsparcia

Pandemia koronawirusa zagraża przedsiębiorcom, których działalność polega na bezpośrednich kontaktach z klientami. Zamkniętych zostało ok. 90 proc. salonów fryzjerskich i kosmetycznych.

Obsługująca je platforma rezerwacyjna Booksy ruszyła z inicjatywą „Prześlij trochę wsparcia”. Gazeta Wyborcza i Wysokie Obcasy przyłączają się do niej z kampanią Solidarni 2020.

Wejdź do aplikacji Booksy i wpłać 20, 50 lub 100 zł jako wsparcie dla wybranego fryzjera, kosmetyczki, barbera czy fizjoterapeuty. W podziękowaniu za okazaną pomoc otrzymasz kod na bezpłatną prenumeratę Wyborcza.pl i Wysokieobcasy.pl.

Bądźmy solidarni i razem przetrwajmy ten trudny czas.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.