Kiedyś seans był jak rytuał. Do kina wchodziliśmy jak do świątyni. Dziś ogląda się inaczej. Bo chyba rytuałem nie jest siadanie przed telewizorem i uruchamianie jednego ze streamingów?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Martyna Wiese: Ma pan swój ulubiony film stworzony w Bydgoszczy, opowiadający o niej?

Prof. Mariusz Guzek z z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy: – Lubię wszystkie filmy, w których Bydgoszcz się pojawia, nawet jeśli nie jest Bydgoszczą, jak w czterech odcinkach filmu „Czterej pancerni i pies", kiedy udaje miejscowość Ritzen na przedpolu magdeburskim.

Ale moim ulubionym filmem jest dzieło z 1978 roku zatytułowane „Wśród nocnej ciszy". W ogóle uważam, że to najlepszy polski kryminał, jaki kiedykolwiek został nakręcony.

Jego akcja została oparta na motywach powieści czeskiego naturalisty Ladislava Fuksa. Książka nazywa się „Śledztwo prowadzi radca Heumann" i jest przetłumaczona na język polski. Reżyser Tadeusz Chmielewski osadził akcję w 20-leciu międzywojennym w latach 20. w Polsce. On nie nazwał tego miasta czy tego miejsca, w którym dokonywane są zbrodnie na dzieciach, Bydgoszczą ani Toruniem, chociaż tu i tu kręcił zdjęcia. Nazwał go jednym z pomorskich miast. Ale Bydgoszcz jest tu podmiotem, jest czymś, czego nie można zastąpić innymi elementami scenografii. Może to wydawać się niedobre dla tych, którzy chcą Bydgoszcz traktować jak ekspozycję pocztówkową, jak coś co jest tylko oblane słońcem, jak coś, czym można się tylko chwalić... Bydgoszcz w obiektywie Chmielewskiego jest mroczna, ale niezwykle wciągająca i fascynująca. Są bardziej filmowe miasta niż Bydgoszcz; jest Cieszyn, Łódź czy Warszawa, ale w żadnym z tych miejsc film „Wśród nocnej ciszy" nie mógłby być nakręcony. Bydgoszcz idealnie zagrała jako podmiot tej opowieści. Wysoko sobie cenię też film „Sąsiedzi", o którym razem z prof. Piotrem Zwierzchowskim napisaliśmy książkę.

Tu Bydgoszcz jest Bydgoszczą.

– Jest bardzo precyzyjnie zidentyfikowana. Krążymy po niej: zaczynamy od mostu Królowej Jadwigi, idziemy trasami spacerowymi, które większość bydgoszczan zna. Jesteśmy jako widzowie na sali kinowej niemal pozbawieni „filtra ekranowego". Bydgoszcz długo czekała, aby swą filmowość odkryć. Ostatnio mamy wysyp ciekawych przedsięwzięć, a wśród nich nawet filmy wybitne, jak „Wesele" Smarzowskiego. Jest też, dość dziwny, „Negatyw" Roberta Wichrowskiego, mojego kolegi z lat pracy w telewizji, na podstawie powieści „Wyspa" Dimitrija Strelnikoffa. Wichrowski nie trzyma się wiernie i niewolniczo koncepcji literackiej, sygnały, jakie wysyła mówiąc o miejscu akcji, są takie jakby trochę zalotne – on się czuje skrępowany, gdy mówi o Bydgoszczy, ale czyni to w sposób, moim zdaniem, uroczy. To jest jeden z niewielu filmów poza „Sąsiadami", gdzie Bydgoszcz nazywana jest Bydgoszczą, a nie jakimś miastem pomorskim czy Ritzen na przedpolu magdeburskim.

Bydgoszcz pojawia się też w serialach.

– Czasami z przedziwnym efektem. Pierwszy odcinek „Prawa Agaty" zawiera w sobie spory ładunek bydgoski. I tam jest taka scena, kiedy Agata po różnych perypetiach, przyjeżdża do Bydgoszczy. Jej ojciec jest jest trenerem młodzików Zawiszy, zresztą wszyscy tam chodzą z tymi emblematami „Z". Ona na dworcu spotyka swoją koleżankę, która wyjeżdża z Bydgoszczy, mówiąc: „Opuszczam to zapyziałe miasto". W Bydgoszczy, na ul. Gdańskiej kręcony był też jeden cały odcinek „Egzaminu z życia". Nie można zapominać o dwóch odcinkach „Magicznego drzewa", które stały się potem podstawą do stworzenia niezwykle ważnego, bo innego niż wcześniejsze, wizerunku na ekranie.

Jakiego?

– W filmowej, nie serialowej wersji tej opowieści Bydgoszcz jest ładna, po prostu ładna. Nie ma tej swojej tragicznej historii jak z września 1939 roku, nie udaje jakiegoś uniwersum pomorskiego, gdzie zbrodnia czyha na każdego, kto się w nim pojawi, jak w tym wspomnianym przeze mnie filmie „Wśród nocnej ciszy", tylko jest po prostu pięknym miejscem, w którym się chce być.

Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Wyborcza.pl


Te rozważania prowadzą nas do jednego pytania: Czy istnieje filmowa Bydgoszcz?

Właśnie: istnieje?

– Tak i jest coraz większa, coraz bardziej skomplikowana, coraz bardziej wyrafinowana i każdy może z tej filmowej Bydgoszczy wybrać to, co mu odpowiada. Mamy nowych twórców, jak Maciej Cuske, Marcin Sauter, mamy środowisko skupione wokół Bydgoskiej Kroniki Filmowej. Filmowy wizerunek Bydgoszczy będzie za chwilę dużo bardziej wielowariantowy niż do tej pory. Zna pani takie określenie: „Brzydgoszcz"?

Nie słyszałam.

– Kiedyś mówiono o mieście „Brzydgoszcz". Miasto robotnicze, bez uniwersytetu, niezbyt urodziwe. W cieniu Torunia. To trzeba było przełamać. Mówiliśmy wcześniej o moim ukąszeniu filmowym, teraz opowiem o ukąszeniu badawczym i naukowym, które też jest związane z Bydgoszczą i filmem. Napisałem pracę doktorską na temat Bydgoszczy filmowej i kiedy zacząłem przepracowywać te dokumenty, te zapisy prasowe w gazetach z epoki, to z jednej strony byłem zdumiony bogactwem tego, co znalazłem, a z drugiej strony tym, że to jest tak zapomniane, że nikt za to wcześniej się nie wziął.

Był pan prelegentem festiwalu Aff-Era w Pałacu Młodzieży. Jego motyw przewodni w tym roku to: Ucieczki i podróże. Ma pan ulubiony film, który o nich opowiada?

- W zasadzie każdy film jest o tym, że ktoś gdzieś ku czemuś zmierza... To jest głęboko osadzone w naszej europejskiej kulturze literackiej. Motyw podróży sięga „Odysei". Może przybierać rozmaite warianty narracyjne, ale moim ulubionym filmem o poszukiwaniu siebie, jest film Wima Wendersa „Paris Texas". Wenders to niemiecki reżyser, który sporo swoich przedsięwzięć poświęcił Stanom Zjednoczonym i Ameryce. Ten film, z Harrym Dean Stantonem w roli głównej, też jest akurat tego rodzaju dziełem. Mamy tam: i tajemnice, i powrót, i ucieczkę z miejsca, które nas uformowało, a więc cały konglomerat rozmaitych technik, które wywodzą się właśnie z „Odysei", chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, znów wracamy do tego starego mitu europejskiego. Przepracowujemy go w nieskończoność i prawdopodobnie nigdy nie przestaniemy się do niego odwoływać.

Prof. Mariusz Guzek z UKW w Bydgoszczy i Martyna Wiese
Prof. Mariusz Guzek z UKW w Bydgoszczy i Martyna Wiese  Fot. nadesłane

Ma pan swój ulubiony komiks?

– Ależ, oczywiście! Komiks jest moją drugą, obok filmu, ucieczką od rzeczywistości.

Ucieczką? I pan to poleca? Większość dorosłych tymi słowami oskarża młodych, że komiksy, kino i Netflix to nasza ucieczka przed życiem.

– To znaczyłoby, że nigdy nie wydoroślałem, nie doszedłem do tego etapu, w którym mógłbym nazywać się kimś dorosłym (śmiech).

A tak na serio?

– Maksim Gorki powiedział rzecz niezwykle mądrą: „Kto czyta, żyje wielokrotnie", a więc „żyć wielokrotnie" wcale nie znaczy „uciekać" od swojego życia, a poznawać nowe, inne warianty rzeczywistości, świata, ludzi, kultur.

Dlatego nie traktowałbym tych praktyk czytelniczych, praktyk kulturowych, popkulturowych przede wszystkim, czyli też kontaktów z grami wideo, kontaktów z komiksami superbohaterskimi albo tak zwanymi „mądrymi" jako ucieczki od szarości świata. To jest raczej wzbogacenie naszego życia o kolejne kolory...

„Ucieczka" jest słowem nacechowanym. Ucieka się od czegoś, po coś... Uczestnictwo w kulturze, także popkulturze rozumiem inaczej: nie uciekamy od czegoś, tylko rozszerzamy to, co już mamy. Otwieramy bramę, budujemy most, a likwidujemy mur. To chyba są te metafory, które pozwalają nam jako sześćdziesięciolatkom i wam jako jeszcze nastolatkom osiągnąć jakiś konsensus. Potrafimy mówić w tym momencie jednym językiem.

Wróćmy do komiksu.

– Pyta mnie pani o motyw podróży w komiksie. Odpowiedź jest oczywista: najwybitniejszym komiksem europejskim opowiadającym o niej jest „Thorgal". Mamy w nim wszystko. Ucieczkę, wędrówkę, poszukiwania... Komiks, najpierw rysowany przez Grzegorza Rosińskiego i pisany przez Van Hamme’a, później przez kolejnych rysowników i scenarzystów to kompleksowe uniwersum. Mówi o ucieczce od świata, który jest złym światem, ku światu, który powinien być lepszy, ale bohater w zasadzie zatacza koło, przechodząc rozmaite kręgi, w których tak na dobrą sprawę też nie może, podobnie jak my w swoim życiu, osiągnąć ostatecznego spełnienia.

To jest komiks pełen różnych odniesień do rozmaitych tekstów kultury, do mitów. Karmimy się nimi cały czas, na tych mitach opieramy również swoją definicję świata. Rozpoznajemy w „Thorgalu" i słowiańską wrażliwość, i nordyjską wrażliwość i wrażliwość prekolumbijską. Tak na dobrą sprawę, kiedy czytamy takie komiksy we wczesnym okresie naszego dojrzewania, na przykład jako piątoklasiści, to potem w szóstej i siódmej klasie odkrywamy czytając lektury na języku polskim, że to już ktoś kiedyś przeżył i to już ktoś kiedyś opowiedział. Dlatego wcale nie uważam, że czytanie komiksów powinno być przez nauczycieli potępiane, w jakiś sposób rugowane z praktyk edukacyjnych. Czytajcie komiksy!

Co sprawiło, że zainteresował się pan sztuką filmową? Czy może zainspirował do tego pana jakiś aktor bądź aktorka?

– Oczywiście, estetyka obciąża sumienie tych wszystkich moich fascynacji filmowych. Jestem człowiekiem urodzonym w latach 60. XX w. W tamtym okresie nie sposób było od kina uciec. Pamiętam, że jedną z pierwszych książek, jakie przeczytałem, była „Dekada filmu" napisana przez prof. Andrzeja Wernera i on tam użył takiego dosyć trafnego, choć profetycznego określenia. Stwierdził, że aparat kinematograficzny będzie kiedyś traktowany tak jak pulpit, ławka w szkole.

W jakim sensie?

– Żeby poznać specyfikę drugiej połowy XX w. ludzie nie będą czytali książek, gazet z epoki, tylko będą oglądali filmy, które wtedy powstały. On miał przede wszystkim na myśli filmy nowofalowe, awangardowe, filmy, które rozszerzały sposób mówienia o człowieku. Myśmy nie mieli w Polsce Nowej Fali, a więc musieliśmy sięgać po inne tradycje. Co mnie zafascynowało? Nie przypominam sobie filmu, po którym leżałem trzy dni nie podnosząc się z łóżka ku przerażeniu moich rodziców i potem wstałem jako nowy człowiek, jako homokinematograficus... (śmiech) Czegoś takiego nie było! Miłość do kina długo we mnie dojrzewała. Mało tego! Zanim zacząłem zajmować się filmem profesjonalnie, zanim zacząłem pisać o filmie, zanim przekonałem się, że nie ma w tej historii audiowizualnej świata tematów które można pominąć, przeżywałem też okres pewnego zwątpienia. Moja wiara w „boga filmu" czasami przechodziła rozmaite odmiany heretyckie... Teraz film się zmienił, można mówić bardziej o inwazji kulturowej. Bez tego po prostu nie da się funkcjonować. Ale dziś ogląda się filmy inaczej.

Inaczej?

– Dla nas to był rytuał. Nie wiem, czy rytuałem jest w tej chwili siadanie przed telewizorem i uruchamianie jednego z czterech będących do naszej dyspozycji streamingów... Dla mnie nie jest. Ja to robię w bieliźnie, przy alkoholu, herbacie... przerywam projekcję, żeby na przykład odpowiedzieć na maila. Oglądam serial na Netflixie i jednocześnie czytam gazetę albo przeglądam internet w smartfonie. A kiedyś seans przeżywało się niemal jak w świątyni.

Przesadza pan...

– Nie pamięta pani tego. Siadaliśmy w kinie w całkowitym skupieniu, w otoczeniu innych wyznawców, czyli kinofilów, kinomanów, widzów filmowych, którzy w tym samym czasie i w tym samym miejscu kupili bilet, czyli złożyli jakąś ofiarę bogu kinematografii. Tak to wyglądało! My nie mieliśmy innej możliwości w latach 60., 70., 80. i częściowo 90. jak poznawanie kina czy filmu w sali kinowej. Dopiero potem to się zmieniło. Jasne, były jakieś cykle telewizyjne... Trzymając się metafory religijnych uniesień – mszą była wizyta w zacienionej sali kinowej, a wizytą w zakrystii było oglądanie telewizyjnych cykli o kinie, np. „Filmoteki Arcydzieł" Jacka Fuksiewicza czy „Sekretów Dziesiątej Muzy", które chłonąłem jak każdy. Myśmy byli dobrze wyedukowani, chociaż nie mieliśmy dostępu do większości filmów z tego światowego repertuaru... Ja w pani wieku już byłem ukształtowanym kinomanem, już wiedziałem, że kino mnie nie opuści i ja kina nie zdradzę!

Zmieniło się podejście ludzi do kinematografii. Przemysł filmowy też.

– Na początku kino miało raczej wymiar jarmarkowy. Wtedy liczyła się inwencja, raczej to, co nazywamy wrażliwością wynalazcy i odkrywcy niż wyrafinowanie przedsiębiorcy. Dopiero po dziesięciu latach od tego kina jarmarkowego zaczyna się coś, co początkowo było niezauważone, ale intuicyjnie zaakceptowane przez odbiorców. W Ameryce już w latach 20. pojawia się Stars System, czyli system gwiazd. Pamiętamy gwiazdy z tego okresu: Mary Pickford czy Douglasa Fairbanks, Fatty Arbuckle’a... Ich nie nakręcał talent. Byli gwiazdami nie ze względu na niezwykłe umiejętności inscenizacyjne czy kreacyjne. One zostały stworzone po to, żeby zdobyć ludzi. Widzowie kochali tych bohaterów ekranów nie dlatego, że grali jakieś niesamowite role czy odtwarzali jakieś niesamowite postaci. Byli oni przedmiotem zainteresowania, taką magnetyczną figurą, artefaktem, o którym będziemy chcieli się jak najwięcej dowiedzieć. A potem mamy ich naśladować. Mamy kupować i używać tego całego instrumentarium, którego używają gwiazdy. Na tym polega ten pierwotny sposób łączenia przemysłu z wrażliwością kulturową, z kompetencjami odbiorczymi. W Europie zawsze mieliśmy nadzieję, że nasze kino będzie inne, że to my będziemy wyznaczali standardy kinematografii. Okazało się, że to było bardzo naiwne, romantyczne. Ten przemysł nazywany głównym nurtem, mainstreamem wytyczył zupełnie inne sposoby korzystania ze swoich produktów. Dziś wiemy, że „główny nurt" oznacza po prostu kino hollywoodzkie.

Główny i najbardziej dochodowy.

– Żaden inny przemysł na świecie nie przynosi tak szybkich zysków jak filmowy. Dużo trzeba wydać, żeby wyprodukować hit, ale niektóre wielkonakładowe produkcje zwracają się w pierwszych trzech dniach i zaczynają już od następnego tygodnia przynosić zysk. Także to jest przemysł, który generuje krocie, po prostu niezwykłą kasę i dlatego potrzebuje tego produktu medialnego, jakim jest właśnie status gwiazdy czy ulubiony gatunek....

Myślał pan nad stworzeniem własnego filmu?

– Nie, nie... Nie mam pomysłu na taką opowieść o Bydgoszczy...

Coś czuję, że jakiś pan ma...

– Uważam, że za mało jeszcze wykorzystujemy te teksty, które kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu były narzędziem poszukiwania bydgoskiej tożsamości. One mogłyby się stać takim fajnym podglebiem, na którym jakaś filmowa narracja by się urodziła... Nigdy o własnym kinie nie myślałem, ale gdybym miał zadecydować o tym, by jakąś opowieść przenieść na ekran, to sięgnąłbym po Sulimę-Kamińskiego i jego „Most Królowej Jadwigi". To mogłaby być opowieść rodzinna, saga o ludziach i mieście, które się przeobraża, co chwilę inaczej przemawia na przestrzeni ostatniego 150-lecia. W takiej narracji widzę potencjał.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem