Jestem skromnym ch這pakiem. Pewnie minut w Ekstraklasie m鏬豚ym mie wi璚ej, cho debiutowa貫m p騧no, ju jako ukszta速owany pi趾arz.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Roch Zygmunt: Patrzę w twoje CV i widzę: Puchar Polski, Superpuchar, eliminacje europejskich pucharów. Co się stało, że grasz w III lidze?

Marcin Warcholak*: – Co drugi dziennikarz zadaje mi to pytanie. Rzeczywiście, w ciągu ostatnich kilku ładnych lat występowałem na poziomie albo I ligi, albo Ekstraklasy. Fakt, zszedłem dwie klasy niżej. Dwa i pół roku temu, po rozwiązaniu kontraktu z Miedzią Legnica, zostałem przez miesiąc bez klubu. Trafiła się wówczas oferta przejścia do KP Starogard Gdański, w którym trenował mój kolega Krzysztof Sobieraj. Choć miałem kilka innych zapytań, to konkretów raczej było brak, a ja długo w domu siedzieć nie lubię.

A dlaczego Olimpia nadal gra na czwartym szczeblu rozgrywek? Czemu niemalże pewny awans wymknął wam się z rąk?

– Przez cały sezon biliśmy się o awans do II ligi z Kotwicą Kołobrzeg. I to jej niestety udało się ten cel osiągnąć. Trochę czasu minęło od pamiętnego meczu ze Świtem Skolwin, gdzie – jak pamiętamy – wystarczył nam ledwie remis, by znaleźć się o poziom wyżej. Jest, mówiąc delikatnie, spory niedosyt, bo przez bite 34 kolejki prowadziliśmy w tabeli, a – mówiąc kolokwialnie – pociąg wykoleił się na ostatniej prostej.

Jak trudne były te pierwsze pomeczowe chwile?

– Powiem za siebie. Trochę w życiu pograłem i dla mnie to był ciężki moment, bo mimo że nieraz goryczy porażki już zaznałem, to będąc w Olimpii rok, grając z tymi chłopakami, w dobrze zarządzanym klubie, ból jest podwójny. I to też jest powód, dla którego nadal gram w barwach Olimpii. Chcę spróbować jeszcze raz, jestem głodny rewanżu. Nie lubię się poddawać, bo w minionym sezonie było naprawdę blisko.

Jakie nastroje panują w klubie obecnie?

– Mamy de facto nową drużynę. Z zeszłych rozgrywek zostało bodajże czterech piłkarzy, którzy byli wtedy wiodącymi postaciami. Nie będę porównywał, czy to jest lepsza, czy gorsza drużyna. Jest stworzona tak, że z pewnością może bić się o najwyższe cele, czyli zwycięstwo ligi.

Trochę już w piłce przeżyłeś – jaka jest specyfika grania w III lidze?

– Pierwsze skojarzenie to siłowy, trudny futbol. Drużynie z tego szczebla na pewno trudniej dostać się wyżej niż w przypadku II czy I ligi, bo tam dwie pierwsze drużyny awansują bezpośrednio, a te z miejsc 3.-6. łapią się na baraże. W III lidze gra się o pierwszą pozycję, bo tylko ona gwarantuje skok o klasę wyżej.

Kto w tym sezonie może wam zagrozić?

– Jesteśmy po ośmiu spotkaniach, na razie wszystko idzie po naszej myśli. Mamy dwa punkty przewagi nad Pogonią II Szczecin, ale czołówka nie śpi. Z głównych rywali mógłbym wymienić jeszcze Zawiszę Bydgoszcz i Świt Skolwin. Jestem przekonany, że ktoś z tej czwórki, wliczając nas rzecz jasna, awansuje do II ligi.

Na ile, jako nietutejszy, urodzony we Wschowie, czujesz klimat derbów z Zawiszą Bydgoszcz?

– W każdym mieście, w którym grałem, derby rządziły się swoimi prawami. Przez cztery lata gry w Arce doświadczyłem derbów Trójmiasta – z Lechią Gdańsk. Przede wszystkim to dreszczyk dla kibiców – i tych z Bydgoszczy, i naszych. My, piłkarze też zresztą lubimy, gdy stadion się zapełnia i atmosfera zachęca do grania. Każdy przecież chce być najlepszy w swoim województwie.

Jeśli już o kibicach mowa – czujecie, w świetle zeszłorocznego braku awansu, dodatkową presję z ich strony?

– Grając na poziomie II ligi, nie możemy mówić o ogromnej presji, bo moim zdaniem pod prawdziwą presją są inne zawody – lekarz czy nawet zjeżdżający głęboko pod ziemię górnik – ale z naszej, sportowej strony trudno zaprzeczyć, że nadrzędnym celem poprzedniego sezonu był awans. Kontrakty większości zawodników opierały się na automatycznym przedłużeniu w przypadku gry w II lidze. Graliśmy więc, mówiąc wprost, także o swoje. Wracając do presji – nazwałbym to raczej dawką pozytywnych emocji i poczuciem, że trzeba zrobić coś dla tego miasta i klubu, którego miejsce nie jest przecież w III lidze. A dobrą, równą grą ściągniemy na stadion coraz więcej kibiców. Poza tym – w 2023 czeka nas stulecie Olimpii.

Śledzisz wyniki Kotwicy Kołobrzeg?

– Tak, oczywiście. Nie jest tajemnicą, że przyglądam się klubom, w których grałem i w których mam znajomych. Jak wiemy, do Kołobrzegu odszedł trener Marcin Płuska [szkoleniowiec Olimpii w sezonie 21/22 – red.]…

Do tego zmierzam.

– … i paru innych chłopaków, z którymi mam do dziś kontakt. Mówiąc szczerze, przed sezonem niejednej osobie mówiłem, że to właśnie Kotwica bić się będzie o awans do I ligi. Na razie wygląda na to, że się nie pomyliłem.

Masz żal do wspomnianych kolegów i trenera Płuski, że odeszli do klubu, z którym tak zajadle walczyliście?

– W ogóle nie mam żalu, bo wiem, jak świat piłki działa. Sam jestem tego przykładem – w jednym tylko klubie, Arce Gdynia, udało mi się wytrzymać cztery lata. Tam szatnia wymieniała się co pół roku, taka jest kolej rzeczy. Za parę miesięcy jest następne okno transferowe, więc ktoś odejdzie, ktoś przyjdzie. Trzeba z tym umieć żyć – znajomych się nie traci, a granie w piłkę to przecież nasza praca. Każdy chce zarabiać.

To ile w takim razie jest szczerości w tych wszystkich deklaracjach przywiązania do klubu?

– Ciężkie pytanie. Łatwiej byłoby mi odpowiedzieć, gdybym był wychowankiem jakiegoś i spędził tam – strzelam – z dziesięć lat. Tak jak powiedziałem, najwięcej grałem w Arce, i nie mówię, że czuję się do gdyńskiego zespołu przywiązany, ale na pewno mam do niego pewien rodzaj sentymentu. Poza tym, niezależnie, w jakich barwach się występuje, zawsze część zdrowia się na boisku zostawia. Kibice widzą, jak wiele pracy wkłada się w wynik końcowy i mam nadzieję, że gdyby było mi kiedyś dane przyjechać do Grudziądza z innym klubem, nie byłbym źle odebrany. To dla mnie ważne, by pozostawić po sobie dobre wrażenie.

Co jeszcze ważne jest dla piłkarza Marcina Warcholaka, gdy mowa o wyborze klubu?

– Mając 16 lat, zaraz po gimnazjum, wyjechałem do szkółki Polonii Słubice, przy niemieckiej granicy. Przez to doświadczenie – i fakt, że wszystkie następne kluby były na odległość – zobojętniałem na dystans, jaki dzieli mój klub od rodzinnego domu. W tej chwili nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to 100, czy 500 kilometrów. Ważna jest liga, w której dana drużyna gra, baza treningowa i oczywiście plany, jakie ma na mnie trener czy prezes. Tak jak jest teraz w Olimpii – od początku sezonu jestem kapitanem. To mój pierwszy raz w tej roli, chciałem spróbować czegoś nowego.

Jak się w niej czujesz?

– Mnie ciężko jest to oceniać. Lepiej byłoby zapytać kolegów z szatni, ale z pewnością nie jestem tym typem kapitana – a tacy, szczególnie starszej daty, bywają często – uważającymi, że moje zdanie jest najważniejsze. Staram się podchodzić do tej funkcji normalnie, bez zbędnego nadęcia. Każde ważniejsze decyzje podejmujemy grupowo.

Kilkukrotnie padała już nazwa tego klubu – Arka Gdynia. Jak wspominasz czasy grania w jej barwach? Co to był za okres w twojej karierze?

– Na pewno tamten czas będę do końca życia wspominał wyjątkowo. Przez cztery lata zagrałem około 120 spotkań, więc opuściłem naprawdę mało meczów. Gdy przeszedłem do Gdyni, Arka grała w I lidze. W drugim sezonie wywalczyliśmy awans do najwyższej klasy rozgrywkowej, przez 20 kolejek będąc niepokonanymi. Potem Puchar Polski, Superpuchar Polski i eliminacje Ligi Europy. Gdyby 15 lat temu ktoś mi powiedział, że zagram na takim poziomie, śmiałbym się z tego.

Jakie sceny z tamtych lat najtrwalej zapisały się w twojej pamięci?

– Finały. Nieczęsto zdarza się, żeby ligowy przeciętniak, jakim wówczas w Ekstraklasie była Arka, rok po roku grał w finale Pucharu Polski. W pierwszym z nich wygraliśmy z Lechem Poznań po dogrywce 2:1. Pamiętam, że ostatnie trzy minuty ciągnęły mi się tak, jakbym grał całe 90 od nowa. Nie byliśmy faworytem, więc sukces smakował podwójnie. Drugim obrazem jest mecz Superpucharu Polski z Legią Warszawa, przy Łazienkowskiej. Oczywiście mniejszy prestiż niż sam Puchar Polski, ale zwyciężyliśmy po rzutach karnych.

Mieliśmy też – dzięki wygranej w Pucharze – okazję zagrać od razu w 3. rundzie kwalifikacji Ligi Europy, gdzie trafiliśmy na duński FC Midtjylland. W dwumeczu był remis, ale wówczas jeszcze bramki zdobyte na wyjeździe liczyły się podwójnie, więc odpadliśmy. Był to jeden z dwóch meczów w mojej karierze, którego rezultat zabolał mnie najbardziej. O drugim rozmawialiśmy na początku.

Od zawsze chciałeś być piłkarzem?

– Zawsze wyróżniałem się na wuefie. I to nie tylko w piłce nożnej. Mogę powiedzieć, że brat pchnął mnie w tym kierunku – on sam grał w niższych ligach, ale przez kontuzje musiał zakończyć swoją przygodę z piłką. Był taki okres, kiedy mało ćwiczyłem na zajęciach w szkole – chorowałem i miałem zwolnienia, ale i tak na przekór przebierałem się i trenowałem. Od tego się zaczęło. Pierwszym klubem była Pogoń Wschowa. Tata i brat zapisali mnie, choć długo w tamtejszej szkółce nie pograłem, bo już w gimnazjum wyjeżdżałem do różnych akademii – do Szamotuł na przykład, choć szybko się zorientowałem, że to miejsce raczej dla bramkarzy. Wtedy pojawiła się propozycja od prezesa Polonii Słubice.

Jakie było twoje ówczesne marzenie?

– Nie należę do tych, którzy wybiegają daleko w przyszłość. Gdy byłem w juniorach, robiłem wszystko, by zadebiutować w seniorach. Krok po kroku.

Jakie były te początki w „dorosłej" szatni?

– To były inne czasy. Wtedy młody chłopak miał trudniejsze wejście do szatni niż ma to miejsce dziś. Teraz młodzieży dopuszcza się zdecydowanie więcej – nie dostają szansy pojedynczo, a w większych grupach – tak jest raźniej.

Kogo mógłbyś nazwać mentorem?

– Zawsze wzorowałem się na starszych zawodnikach grających na mojej pozycji, czyli lewej obronie bądź lewym wahadle. W tamtych czasach ważnym graczem był Ireneusz Marcinkowski, ikona Polonii Bytom, jedyny w Słubicach mający na koncie występy w Ekstraklasie. Podglądałem jego styl. A z zagranicy – takim kimś był na pewno Roberto Carlos.

Miałeś nawet ksywę od jego nazwiska – Roberto Carlos Arki Gdynia.

– Tak, wzięło się od to od mojego debiutu w Stomilu Olsztyn, w meczu z Kolejarzem Stróże, gdzie strzeliłem gola z rzutu wolnego, mniej więcej z 30 metrów.

Jak kiedyś, gdy zaczynałeś, postrzegano przygotowanie mentalne?

– To bardzo ważny element składający się na dobrą grę. Dziś widzę młodych graczy, którzy wchodząc do szatni seniorskiej, nie odbiegają od reszty poziomem, a „głową". Kiedyś „mentalu" nie zauważało się jako problemu.

Teraz młodzi mają wszystko podane na tacy. Nie chcę generalizować, ale dziś piłkarze rezerw klubów z Ekstraklasy czują się jak zawodnicy formatu pierwszej drużyny, podczas gdy grają w II albo i nawet III lidze. Brakuje im pokory, mają wysokie mniemanie o sobie. Ten medal oczywiście ma dwie strony, bo zawodnik musi wierzyć w swoje umiejętności.

Czujesz się spełniony?

– Jestem skromnym chłopakiem. Pewnie minut w Ekstraklasie mógłbym mieć więcej, choć debiutowałem późno, bo w wieku 27 lat – jako ukształtowany piłkarz. Więcej – przez zdecydowaną większość kariery nie korzystałem z pomocy menedżera. Z panem Jarosławem Kołakowskim – który dużo mi pomógł – związałem się dopiero po awansie do Ekstraklasy. Wszystkie inne szczeble wcześniej musiałem przejść sam.

Masz jeszcze jakiś cel, który chciałbyś w futbolu zrealizować?

– Na pewno awans z Olimpią Grudziądz do II ligi, a może i – wybiegając dalej – do I ligi. Ten klub na to zasługuje.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Wi璚ej
    Komentarze
    Zaloguj si
    Chcesz do陰czy do dyskusji? Zosta naszym prenumeratorem