Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Konkurs literacki im. Tadeusza Nowakowskiego. „Wolność jest blaskiem światła" zorganizowało IX LO w Bydgoszczy.

Krzysztof Nowakowski, mieszkający w Wielkiej Brytanii syn patrona konkursu, wystosował przesłanie do uczestników. – Wolność ma dwa nieusuwalne składniki: odpowiedzialność i obowiązek – tłumaczył. – Jak dajemy niewolnikowi nagle wolność… od razu sobie myśli: Czy ja muszę to dziś zrobić albo jutro albo za tydzień? A po co mam to w ogóle robić? Już nie mam żadnych obowiązków! Dopiero potem zadaje sobie pytania: z czego ja będę żył? gdzie ja będę mieszkać? I nagle ta wytęskniona wolność przynosi ze sobą coraz większe obowiązki i odpowiedzialność. I niejeden niewolnik, znajdując się w tej sytuacji, wraca do swego pana i wyciąga ręce po kajdany.

Bydgoskie liceum zorganizowało konkurs po raz piąty. Jurorzy – Marcin Kowalczyk z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego i Andrzej Tyczyno z „Wyborczej" – uznali, że spośród uczniów szkół podstawowych najlepiej wypadła Kornelia Ciecierska z Białych Błot przed Zuzanną Szczepańską z SP nr 31 w Bydgoszczy. W kategorii szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych pierwsze miejsce zajęła Wiktoria Frydrych, drugie Natalia Chlebowska, a trzecie Julia Antonowicz (wszystkie są uczennicami IX LO w Bydgoszczy). Oceniono także prace w języku obcym – tutaj przyznano tylko drugą nagrodę, zdobyła ją ekipa z Zespołu Szkół Chemicznych w Bydgoszczy w składzie: Natalia Wojciechowska, Kaja Kozłowska i Eliza Piotrowska.

W kategorii grupowej jurorem był jej pomysłodawca Krzysztof Nowakowski. Za najlepszą uznał pracę Uniwersyteckiego Liceum Ogólnokształcącego w Toruniu, którą przygotowali: Barbara Przybysz, Amelia Ciecierska, Antoni Gadomski i Martyna Hadaś. Drugie miejsce zajęło IX LO w Bydgoszczy w składzie: Maja Bączkowska, Maria Hennig, Maria Blacha i Lena Nowak, a trzecie reprezentanci bydgoskiego Zespołu Szkół Chemicznych: Anna Jasińska, Cyprian Nelz i Daria Człapa.

Na łamach „Gazety Młodych" publikujemy zwycięskie prace.

„Moja mała ojczyzna – Murowaniec"

Praca Kornelii Ciecierskiej z klasy Vc SP im. M. Rejewskiego w Białych Błotach (opiekun: Magdalena Stachowska-Sikorska)

Mam na imię Kornelia. Moja rodzina nie pochodzi z miejscowości, w której mieszkam. Dziadkowie ze strony mamy mieszkali w Kutnie, ale nie mamy tam żadnych grobów... jeździmy na nie do Koszalina i Turku. Natomiast dziadkowie od strony taty mieszkają w Ostrołęce. U nich spędzamy święta i wakacje. Jestem więc pierwszym pokoleniem, które pochodzi z Murowańca i mimo że odbyłam wiele podróży po różnych krajach, sądzę, że najpiękniejszym miejscem dla mnie jest właśnie Murowaniec. W trakcie rodzinnych podróży (byliśmy w Hiszpanii, Rumunii, we Włoszech, nawet na wyspie Maderze) widziałam wiele pięknych miejsc i spotkałam różnych ludzi. Podczas moich wędrówek poznałam Marię – dziewczynkę z hiszpańskiego miasta Barcelona. Maria miała nawet przyjechać do Polski. Hiszpanka nie ma żadnej rodziny na wsi, więc przed przyjazdem chciała, żebym powiedziała jej, jak spędzamy czas i czy mamy zwierzęta. Myślę, że Maria bała się, że będziemy się nudzić na polskiej wsi, dlatego postanowiłam opowiedzieć jej o moim Murowańcu.

Historia mojego miejsca na ziemi była dość burzliwa. Nie ominęły nas powstania czy wojny. Początek XX wieku przyniósł nam... powstanie wielkopolskie. Był to trudny czas, panował wielki głód, ludzie masowo umierali na różne choroby. W oczy zaglądała straszna bieda, nie było pieniędzy na jedzenie, na leki. Maria słyszała o historii Katalonii na początku XX wieku, więc powiedziała, że w jej rodzinie czasem opowiada się o trudnych czasach wojny domowej, która trwała od 1936 r., kiedy po raz pierwszy Barcelonę zaatakował generał Franco. On jednak był Hiszpanem, a nasze powstanie wybuchło przeciwko Rzeszy Niemieckiej, bo mieliśmy dosyć polityki germanizacyjnej, a szczególnie tzw. rugów pruskich, działalności komisji kolonizacyjnej i zwalczania Kościoła katolickiego. Czara goryczy przelała się, kiedy do Poznania wbrew zakazowi władz zaborczych przybył Ignacy Paderewski i 27 grudnia 1918 r. rozpoczęło się powstanie, zakończone rozejmem zawartym 17 lutego 1919 r. w Trewirze. Powstaniem dowodził kapitan Stefan Taczak, a drugiej jego fazie gen. Józef Dowbor-Muśnicki. (To było jedyne zwycięskie powstanie w Polsce poza powstaniem śląskim).

Ta historia jest ważna dla mojej miejscowości, ponieważ wiele osób kojarzy powstanie wielkopolskie z Poznaniem, a niewielu pamięta o Bydgoszczy. Jeszcze mniej ludzi wie o tym, że w tej małej wsi rozgrywały się tak ważne wydarzenia. W nocy z 18 na 19 czerwca 1919 r. (a więc już po rozejmie w Trewirze) zaczęła się bitwa pod Murowańcem, który leży nad Kanałem Noteckim. Był więc dobrym miejscem na to, żeby powstańcy przedostali się na drugi brzeg kanału, a potem do Bydgoszczy, a w efekcie ich działań propolskich tereny, na których mieszkamy, mogły zostać włączone do odradzającej się Polski (odzyskaliśmy niepodległość w 1918 r., ale granice państwa dopiero się tworzyły). Uważam, że jednym z najciekawszych miejsc w mojej wsi są „nieistniejące mosty", czyli miejsca wzdłuż Kanału Noteckiego, gdzie widać pozostałości (przyczółki, nasypy, kamienne elementy nabrzeża) po mostach. Miesiąc temu lokalni aktywiści postawili tablice z dawnymi fotografiami i zorganizowali grę terenową, którą wygrała moja rodzina! Gdyby Maria do nas przyjechała, na pewno zorganizowałabym podobną grę ze wskazówkami i zagadkami! Zanim jednak w październiku 2021 r. Koło Gospodyń Wiejskich, sołectwo Murowaniec i gmina Białe Błota zorganizowały ową grę, dawni mieszkańcy, a szczególnie pan Grzegorz Hetzig, zainspirowali młodzież do założenia Młodzieżowego Koła Towarzystwa Pamięci Powstania Wielkopolskiego. Przed pandemią organizowaliśmy różne festyny, a przede wszystkim wizualizację bitwy o mosty. Jestem dumna, bo raz grałam wiejskie dziecko, które przeprowadza przebranych powstańców, a dwa lata później pozwolili mi być (tak, jak wcześniej mojej starszej siostrze) w namiocie sanitariuszek. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie inscenizacja bitwy, bo może w końcu będę mogła grać rannego powstańca lub skauta (zawsze wybierają najlżejszych rekonstruktorów do znoszenia z pola bitwy!). Dlaczego tak ważne były te mosty? Pełniły one wówczas funkcję przejść granicznych, niestety Niemcy, bojąc się Polaków, wysadzili mosty i powstańcy nie przedostali się do Bydgoszczy, ale to właśnie ciało rannego pod Murowańcem, który zmarł po przewiezieniu do bydgoskiego szpitala, spoczywa pod jedynym w Polsce pomnikiem Nieznanego Powstańca Wielkopolskiego. Do dziś można (szczególnie jeśli przyjdzie się tam z wykrywaczem metali i łopatą) znaleźć łuski po nabojach. Natomiast o tej porze roku można znaleźć przepiękne krajobrazy w kolejnych barwach jesieni, gdyż nad Kanałem rośnie wiele różnych drzew liściastych, które mienią się złotem, pomarańczem i czerwieniami, by w końcu poddać się brązom.

W okresie międzywojennym mosty w Murowańcu rozróżniano, nazywając je nazwiskami rodzin mieszkających najbliżej mostu. Pierwszy z nich był położony przy ulicy Patrolowej i nazywano go mostem Jesionowskich (tak jak dwa pozostałe został spalony przez wycofujące się wojska). Został on odbudowany w czasie okupacji, jednak kilka lat później zniszczyli go Niemcy uciekający przed Armią Czerwoną. W Murowańcu już za czasów pruskich działały organizacje patriotyczne, które prowadziły wyprawy terenowe w pola i lasy. Pierwsze nocne ćwiczenia przeprowadził 1917 r. Jan Wierzejewski. Może właśnie przy moście Hetzigów (drugim w kolejności od strony Poznania) młodzi skauci rozbijali namioty. Kto wie, czy kiedyś nie buchał tu płomień ogniska i czy echo nie niosło radosnych tonów harcerskich pieśni po Puszczy Noteckiej? Koło mostu Fryczyńskich (znajdującego się najbliżej mojego domu) do dziś stoi mały domek z czerwonej cegły. To o tym domku przed laty Joanna Papuzińska (polska poetka, twórczyni literatury dla dzieci) pisała: „Najpiękniejsze zaś były opowiadania o Rowcu, niezwykłej krainie szczęśliwości, gdzie babcia mieszkała przed wojną razem z dziadkiem. Tam w Rowcu był kanał, po którym pływały berlinki {taki rodzaj statków}". Dom z opowieści stoi po prawej stronie mostu, jednak jego historia nie zawsze była ,,jak z bajki", gdyż w czasie II wojny światowej stacjonowali w nim na przemian żołnierze niemieccy i radzieccy. Most w końcu podpalili wycofujący się Niemcy, ale mieszkańcom udało się go ugasić. Korzystano z niego do końca lat 50. XX w.

Dalej poszłybyśmy z Marią (robiąc krótki przystanek, aby ugasić pragnienie w moim domu) do centrum wsi, które wyznacza sklep, kaplica wraz z budującym się kościołem, a przede wszystkim plac zabaw! Nazywamy go nowym (bo stary – niewielki, wyposażony w pojedynczą huśtawkę, równoważnię, zjeżdżalnię i piaskownicę, a znajdujący się przy dawnej „starej szkole" właśnie w tym roku został zdemontowany) lub dużym (tak nazywa go moja młodsza siostra, bo mały przy swoim przedszkolu, które stoi po drugiej stronie szosy asfaltowej). Wiem, że dla Marii, jak dla wielu dzieci z miasta, mało istotna jest nawierzchnia dróg. Gdy ja podróżuję, też nie zwracam większej uwagi, ale u nas, w Murowańcu, „na kostkę" – czyli na najbliższą ulicę wyłożoną kostką Bauma chodzi się pojeździć na hulajnodze czy seagwayu, zaś na asfalt idzie się pojeździć na rolkach lub na deskorolce. Dla mnie i dla moich kolegów z sąsiedniej ulicy miejscem kluczowym jest narożna działka, na którą przenieśliśmy swoją bazę. Moja wieś – Murowaniec staje się coraz popularniejszym miejscem, bo już trzeci raz musieliśmy przenosić naszą bazę, gdyż kolejne działki były sprzedawane i zaczynały się budowy nowych domów. Myślę, że Marię zadziwiłaby nasza ostatnia baza, z której jesteśmy dumni, bo już prawie w ogóle nie pomagali nam w przenosinach nasi tatusiowie (tylko przymocowali dwa sznury służące do wchodzenia na sosny). Znamy jeszcze dwie bazy, znajdujące się o kilkanaście ulic dalej, ale nasza jest najpiękniejsza!

Do centralnego punktu Murowańca poszłybyśmy właśnie ulicą Sokolą – wybrukowaną kostką (a może pojechałybyśmy na hulajnogach?), na której na pewno spotkałybyśmy moje koleżanki lub kolegów, bo zawsze ktoś jeździ lub bawi się na tej ulicy. Maria na pewno polubiłaby moich znajomych, którzy są przyjacielsko nastawieni do nowych dzieci. Potem poszłybyśmy ulicą Ptasią, gdzie mniej więcej w połowie widać wyrwę w szeregu domów. Po kilku metrach równo przyciętej trawy na kolejnych ogrodzonych działkach zwraca uwagę ściana z wysokiej, dzikiej roślinności. W tych chaszczach rozrzucone są groby, a właściwie pozostałości po dawnych mogiłach, gdyż tu właśnie znajdował się cmentarz ewangelicki. Długo nie mogliśmy go z rodzicami „namierzyć", bo tak to miejsce było zarośnięte. Od dwóch lat mieszkańcy starają się zadbać o to miejsce, ale raczej są to doraźne działania przed Świętem Zmarłych lub późną wiosną. Gdy dojdziemy do końca widocznej w tym miejscu ścieżki, zobaczymy królujący nad okolicą wielki dąb. O pień drzewa oparta jest przedwojenna płyta nagrobna – może to tu leży bohaterski powstaniec, który oddał życie za ojczyznę? Zaś na skraju zarośniętej łąki stoi wielki głaz, na którym kiedyś zapewne było coś wyryte, lecz teraz zostało tylko kilka liter, które i tak z biegiem czasu zostaną starte niczym pamięć o bohaterach czy naszych przodkach.

Dalej zaprowadziłabym Marię (tak, jak planowałyśmy) do ulicy św. Rafała Kalinowskiego, gdzie możemy znaleźć kaplicę, w której spotykamy się nie tylko na mszach, ale ks. Ireneusz Kalaczyński pozwala Młodzieżowemu Kołu TPPW organizować spotkania, wystawy i prelekcje, korzystać z biblioteki parafialnej, z której można wypożyczyć chociażby powieści mojego ulubionego Karola Maya. Przez płot widać budowany przez mieszkańców Murowańca kościół – w tym roku spotka nas wielkie wyróżnienie, bo nasz ksiądz zapowiedział, że pasterkę odprawi nowy biskup Krzysztof Włodarczyk i to w naszym nowo budowanym kościele. Tak naprawdę jeszcze ani razu nie było tam mszy, więc jestem bardzo ciekawa i czekam z niecierpliwością. Maria ma w swoim mieście jedną z najpiękniejszych na świecie katedr – Sagradę Familię, którą projektował i budował wielki Antonio Gaudi. Trochę jej zazdroszczę, ale żeby wejść do Sagrady Familii, trzeba dużo wcześniej rezerwować bilety, a na wieżę można wchodzić dopiero od 7 lat. U nas każdy może wejść, a podczas różnych spotkań (nie tylko tych przygotowujących do I Komunii czy bierzmowania) ksiądz pozwala dzieciom wchodzić do różnych miejsc w kościele, a nawet sam pokazuje, co znajduje się na prezbiterium.

Gdyby Marii to nie zainteresowało, to mogłybyśmy jeszcze pójść niedaleko do mojej koleżanki, której rodzice mają małą stajnię, a w niej dwa konie: Jumangi i Konewkę. Można się na nich nauczyć jeździć, choć ja także lubię dawać im marchewkę i jabłka. Gdybyśmy zaś poszły w drugą stronę, to mogłybyśmy zajść do mojej koleżanki z klasy, która ostatnio zrobiła się nawet sławna, bo na gminnym portalu napisano o jej pasji – Julia ma małą pasiekę i tylko z niewielką pomocą rodziców zajmuje się pszczołami i produkcją miodu, a tak jak ja ma dopiero 11 lat! Myślę, że kontakt z różnymi zwierzętami jest wielkim walorem mojej wsi i okolic, bo możemy tu znaleźć wolierę z pawiami i bażantami (można zupełnie za darmo oglądać, a w sierpniu, gdy się poprosi, to można nazbierać piór, bo pan z chęcią wpuszcza dzieci) czy zagrodę z alpakami. Wiele osób ma koty i psy, ale mój – owczarek podhalański Stark – jest najpiękniejszy.

Kiedy w zeszłym roku przygotowywałam się do Konkursu Recytatorskiego Prozy Tadeusza Nowakowskiego i czytałam jego utwór „Urzeczenie", to moją uwagę zwrócił opis parku, w którym w dzieciństwie bawił się pisarz i który nazwał „najpiękniejszym parkiem na świecie, bo parkiem dzieciństwa". Myślę, że Murowaniec jest dla mnie właśnie takim miejscem, jak dla Tadeusza Nowakowskiego Bydgoszcz. Jestem dumna z tego, że mieszkam w miejscu, które jest nie tylko piękne, ale ma bogatą i chlubną historię, w dodatku właśnie odkrywaną przez różnych ludzi, którzy dbają o swoją „małą ojczyznę", nawet gdy są „ludnością napływową" – jak mówią o sobie moi rodzice. Sądzę, że nie tylko Marii spodobałaby się moja wieś. Zapraszam wszystkich – pokażę Wam mój Murowaniec – wieś mostów, których nie ma!

Bydgoszcz wspomnieniami namalowana

Praca Wiktorii Frydrych z klasy 1 a IX Lo w Bydgoszczy (opiekun: Beata Wróblewska)

„(…) wspomnienia to dziwna rzecz. Czasami są całkiem realne,

ale czasami stają się tym, czym chcemy, żeby były (…)"

Nicholas Sparks

Kiedy wybuchła wojna, moja prababcia Izabela miała 15 lat. Często opowiada mi zarówno zabawne, jak i wstrząsające historie ze swojego długiego życia. W jej opowieściach zauważam pewną prawidłowość. Wspomnienia podzielone są na trzy etapy o różnym zabarwieniu emocjonalnym: przed wojną, wojna i po wojnie. Analizując od końca, okres powojenny budzi w niej najmniej emocji. Określiłabym go jako „szarą rzeczywistość". Czas wojenny powoduje u niej pewną nerwowość i odczuwalny głęboki żal i ból. Zdecydowanie najchętniej wraca w swoich opowieściach do okresu przedwojennego. Jej oczy zaczynają świecić blaskiem, pojawia się wesołość, a relacje mówią o życiu we wręcz bajkowej Bydgoszczy. Moim zdaniem niezupełnie jest to prawdziwy obraz tamtych czasów, a pewnego rodzaju wyidealizowana wizja okresu, do którego najchętniej wraca w swoich wspomnieniach, bo był on spokojny i beztroski.

Przywoływany przez prababcię z pamięci obraz Bydgoszczy jest sielankowy i wręcz idealny. Miasto to dużo zieleni, parków, ukwieconych klombów, które codziennie były pielęgnowane. Ulice każdego dnia zamiatano, a jeżdżące po mieście polewaczki spłukiwały kurz i brud. Pracownicy chodzili z dużymi workami na ramieniu i z trawników zbierali wszystkie śmieci i papierki. W całym mieście rosła ogromna ilość róż. Prababcia z entuzjazmem wspomina przepiękny widok na Aleję Ossolińskich, gdzie między drzewami wisiały girlandy z żywych roślin.

Kolejny element jej opowieści o międzywojennej Bydgoszczy to codzienne życie, choć bardziej skupia się na niedzielach. Całą rodziną chodzili na wycieczki do lasu lub odwiedzali kąpielisko na Jachcicach. Często spacerowali wzdłuż Brdy, gdzie mijali kolejne śluzy, restauracje, kawiarnie. Wtedy rzeka płynęła inaczej, bardzo blisko ich domu. Rodzina prababci najczęściej odwiedzała VI śluzę na ul. Artura Grottgera. Grała tam orkiestra, były karuzele, stoiska z lemoniadą, bułkami i parówkami oraz wiele stoisk z zabawkami. Największą popularnością cieszyły się koguciki na kółku do pchania, wiatraczki i piłki na gumce. Ludzie dużo rozmawiali, tańczyli i wspaniale się bawili.

Popularnym miejscem spotkań bydgoszczan był też ogród Patzera. Były w nim karuzele dla małych i dużych, strzelnica, występy cyrkowców, zapaśników, bokserów i wyścigi konne. Zimą organizowano tam lodowisko.

Czasami mój prapradziadek Bolek zabierał rodzinę na przejażdżkę kolejką wąskotorową z ul. Grunwaldzkiej do Osówca, czy Tryszczyna lub statkiem do Brdyujścia. Zimą, kiedy rzeka zamarzała, wszyscy chodzili ślizgać się. Głównie na butach, bo na całą rodzinę mieli tylko jedne łyżwy, ale i tak zabawa była cudowna.

Wspomnienia prababci z tego okresu są opisem beztroskiego, spokojnego i pogodnego życia. Ludzie nie mieli żadnych trosk, a ich „mała ojczyzna" była idealnym miejscem.

Na podobnie sielankowy opis Bydgoszczy natrafić możemy w utworach Tadeusza Nowakowskiego. Zaskakujące jest to, że zarówno Nowakowski, jak i moja prababcia mieszkali w tym samym czasie bardzo blisko siebie – pisarz i publicysta na ul. Świętej Trójcy, a prababcia na ul. ks. Kordeckiego. Wiem, że w dzieciństwie siedem lat różnicy to „przepaść", ale z ciekawości zapytałam, czy go pamięta. Oczywiście wiedziała, o kim mówię, ale znany jej był raczej z Radia Wolna Europa, a w codziennym życiu ich drogi chyba się nie skrzyżowały.

Wracając do Bydgoszczy, w twórczości T. Nowakowskiego widzę duże podobieństwo do miejsca opisywanego przez moją prababcię. W „Obozie Wszystkich Świętych" bohater powieści – porucznik Grzegorczyk wspomina swoje rodzinne miasto Bydgoszcz jako barwne, ukwiecone, tętniące życiem. W literaturze natrafiłam na podsumowanie obrazu Bydgoszczy w wyżej wymienionej książce, napisane przez Marię Danielewicz-Zielińską: „Miasto rodzinne, Bydgoszcz, wyszła jednak z opresji powieściowych bez szwanku, gdyż osadzone w niej partie powieści są tak bydgoskie, jak »Lalka« warszawska. Bydgoszcz dwudziestolecia była tematem niedostrzeżonym przez literaturę, a tu zakwita w całej nie tyle krasie, ile barwności i doskonałości kwiecista gwara bydgoska i swoisty, niepowtarzalny koloryt knajp, od których niesie piwem, Eisbeinem i podsmażanymi kiełbaskami z kwaśną kapustą…"*. Moim zdaniem ten opis miasta można odnieść zarówno do twórczości T. Nowakowskiego, jak i do opowieści mojej prababci. To ta sama urzekająca Bydgoszcz – piękna, tętniąca życiem, pozbawiona wszelkich trosk.

Zastanawia mnie, dlaczego wspomnienia życia w Bydgoszczy w okresie międzywojennym są aż tak wyidealizowane. Z pewnością ludzie tamtych czasów żyli spokojniej, ale trudno uwierzyć w to, że nie mieli żadnych trosk, problemów, porażek. Skąd u mojej prababci, czy Tadeusza Nowakowskiego bierze się tak upiększony obraz życia w naszym mieście? Analizując to, znalazłam kilka odpowiedzi.

Okres dzieciństwa i wczesnej młodości jest dla ludzi najbardziej życzliwym czasem. Skupiają się na nauce, zabawie, relacjach rówieśniczych. Wszelkie problemy są domeną dorosłych i często młodzi ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z ich istnienia. Być może dlatego w swoich wspomnieniach chętnie do tego czasu wracają i pamiętają go jako piękny, radosny, wręcz idealny okres.

Kolejnym przychodzącym mi na myśl powodem, dotyczącym tego pokolenia, jest wrzesień 1939 roku i wybuch wojny, która tak bardzo zmieniła życie tych młodych ludzi. Moja prababcia jako 15-latka trafiła do pracy w gospodarstwie niemieckim, a później do fabryki w bydgoskim Kablu, gdzie została aresztowana przez Gestapo za pomoc rosyjskim jeńcom. Spędziła pół roku w bydgoskim więzieniu, a uratował ją Niemiec – sąsiad i przyjaciel jej ojca, co też jest pewnego rodzaju nawiązaniem do relacji polsko-niemieckich w „Obozie Wszystkich Świętych". Natomiast Tadeusz Nowakowski jako młody człowiek pod zarzutem przynależności do tajnej organizacji została aresztowany przez Gestapo i skazany na więzienie i obóz. Być może te traumatyczne przeżycia wojenne, silnie kontrastujące z sielankowym dzieciństwem, wpłynęły na jeszcze mocniejsze wyidealizowanie wczesnych lat młodości.

A może to konieczność życia na emigracji i związana z tym tęsknota za „małą ojczyzną" stały się powodem tego, że Bydgoszcz w twórczości T. Nowakowskiego jest tak radosna, harmonijna i beztroska?

A czy w przypadku mojej prababci wspomnienia o idealnej Bydgoszczy mają związek z tym, że po wielu latach jej życie zatoczyło przysłowiowe koło i dziś ponownie mieszka w okolicy z dzieciństwa – na ul. Świętej Trójcy?

Sądzę, że przyczyną może być też skłonność ludzi do wybiórczego zapamiętywania szczęśliwych fragmentów życia i z czasem nadawania im jeszcze bardziej idealnego charakteru. Upływający czas powoduje, że nasze wspomnienia stają się takimi, jakimi chcielibyśmy, żeby były.

Zbliżony wiek, miejsce zamieszkania i podobne spojrzenie na nasze miasto dwojga obcych sobie osób skłoniły mnie do pewnych przemyśleń. Trudno mi jednak wyciągnąć jednoznaczne wnioski, bo wachlarz lat, emocji, przeżyć tych osób jest bardzo szeroki. Przepełniony radością i strachem, beztroską i obawą o jutro, nadzieją i tęsknotą. A może są to tylko moje odczucia i lata międzywojenne w Bydgoszczy rzeczywiście były pewnego rodzaju Arkadią?

Na zakończenie chciałabym tylko nadmienić, że moje rozważania głównie dotyczą codzienności życia, bo sama Bydgoszcz była i mam nadzieję zawsze pozostanie niezwykłym, pięknym i ciekawym miastem.

* Tadeusz Nowakowski „Wspomnienia pracowników Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa"

Trzecią nagrodzoną pracę – autorstwa uczniów z Liceum Uniwersyteckiego z Torunia opublikujemy w styczniowym numerze.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.