Presja i wymagania wobec was, młodych, są ogromne. Żyjemy w świecie ogólnej dostępności wszystkiego - wiedzy, możliwości rozwijania swoich pasji. A skoro te obszary stoją de facto przed wami otworem, to jest oczekiwanie, że będziecie lepszą wersją swoich rodziców. Macie prawo być zagubieni
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Roch Zygmunt: Gdybym chciał teraz dostać się na NFZ do psychologa czy psychiatry, ile musiałbym czekać?

Karina Milan-Szymańska*: – Podejrzewam, że parę tygodni.

I co może się w ciągu tych paru tygodni stać, jeśli ktoś ma zaawansowane objawy depresji?

– Zdefiniujmy zaawansowane objawy.

Powiedzmy, że myśli samobójcze.

– W takim przypadku na pewno nie czekamy na wizytę u psychologa, ale szukamy pomocy natychmiastowej, np. udajemy się na SOR, gdzie otrzymamy pomoc psychiatryczną. Jeśli twój przyjaciel mówi ci, że dziś ma zamiar połknąć tabletki mamy, to jedyne, co powinniśmy zrobić, to wziąć telefon i zadzwonić po pogotowie.

Ilu młodych jest wśród pani pacjentów?

– Jeśli chodzi o licealistów, to sytuacja bardzo się zmieniła. Przez pandemię jest was zdecydowanie więcej, niż było choćby pół roku temu. Myślę, że w tym momencie to około jednej czwartej.

Dużo?

– Tak.

A ile ich jest, dajmy na to, w ciągu miesiąca?

– Ciężko oszacować. Część osób przychodzi na sesję raz w tygodniu, a część tylko jednorazowo, w ramach konsultacji czy wsparcia. Są tacy, którzy z różnych względów – także, nie ukrywajmy, tych finansowych – pojawiają się co dwa tygodnie. Nie chciałabym podawać jakichś konkretnych liczb, bo w różnych miesiącach inaczej to wypada. Niemniej, ostatnimi czasy jest znaczny przyrost.

A płeć?

– Pod tym kątem jesteście chyba najbardziej równościową grupą wiekową. Wśród dorosłych jest znaczna przewaga kobiet, mężczyźni z różnych przyczyn rzadziej sięgają po taką pomoc.

A to ciekawe, bo chyba nadal pokutuje etos „prawdziwego mężczyzny", który nie potrzebuje pomocy psychologa.

– Pewnie tak, aczkolwiek młode osoby, którym pomagam, w ogóle nie myślą już takimi kategoriami. Często są bardzo świadome procesów psychologicznych, same proszą rodziców, żeby umówili ich na taką wizytę. Zazwyczaj pracuję z ludźmi, którzy nie mają już w głowie tej bariery i wiedzą, że rozmowa ze specjalistą może im pomóc.

To też mnie interesuje – jak młodzi do pani trafiają? Przychodzą z własnej woli?

– Najczęściej tak i to jest najlepsza z możliwych opcji. Zdarzyły się sporadyczne sytuacje, gdy to rodzice przyprowadzali nastolatka, gdyż nie mogli się z nim porozumieć. Zazwyczaj nie jest to kwestia tej osoby, a relacji w rodzinie. W takim wypadku, jeśli jest zgoda członków rodziny, pracujemy wspólnie.

Stereotyp wiążący się z wizytą u psychologa chyba już odchodzi do lamusa.

– W waszym pokoleniu na całe szczęście tak. Mało tego, dostaję sygnały, że młodzi ludzie otwarcie rozmawiają ze sobą o sprawach zdrowia psychicznego. Po etapie wstępnych konsultacjach podpisujemy z klientem tzw. kontrakt terapeutyczny, w którym jest zawarta klauzula o tym, że nie mogę współpracować z bliskimi danej osoby, co w przypadku młodych ludzi nie oznacza jedynie rodziny, ale także najbliższych przyjaciół. Powodem jest oczywiście swego rodzaju konflikt interesów, który mógłby tu zajść. I w tym momencie ze strony młodych ludzi często pada pytanie, czy nie mogą swojemu przyjacielowi czy przyjaciółce mnie polecić, bo on albo ona też potrzebuje pomocy. Więc wydaje mi się, że wy o tym dość otwarcie mówicie, i to jest fajne. Co innego dzieci – w wieku około dwunastu lat – im rzeczywiście trudniej jest o tym rozmawiać ze względu na lęk przed nieprzychylną reakcją otoczenia.

Jest jakiś reprezentatywny powód, dla którego młodzi tu przychodzą?

– Aktualnie jest to, rzecz jasna, pokłosie pandemii i izolacji. Wcześniej bywało różnie – młodzież zgłaszała się z różnymi emocjonalnymi trudnościami, nierzadko związanymi z dorastaniem. W tym okresie bardzo dużo się dzieje. Mam tu na myśli i różnego rodzaju życiowe wyzwania, i sytuacje rodzinne. Aktualnie przeważają problemy natury biologicznej – na przykład depresja.

Ale ten trend coraz częstszych wizyt u psychologa ludzi mojej generacji wzrastał już wcześniej?

– Nie mam statystyk na ten temat, natomiast teraz jest właściwie boom. Szczególnie jeśli chodzi o tzw. wstępne rozpoznanie, bo psycholog czy psychoterapeuta sam nie stawia diagnozy, raczej hipotezę, a po leki i diagnozę kieruje już do psychiatry.

Jak nie pomylić objawów choroby – na przykład depresji – z naturalnymi zachowaniami dla procesu dorastania?

– W okresie dojrzewania mamy huśtawkę emocjonalną – raz jest gorzej, raz jest lepiej. Osoba z depresją nie odczuwa przyjemności, nie ma momentu odbicia. Szczególnie w zaawansowanych stadiach. Wtedy nastrój jest stale obniżony, mamy zaburzoną koncentrację, zdolność zapamiętywania. Niby jest potrzeba kontaktu z ludźmi, ale przychodzi on ciężko, wobec czego dochodzi do izolacji wywołującej uczucie osamotnienia. Depresja dotyczy więc bardzo wielu obszarów. W trakcie dorastania oczywiście pewne rzeczy odczuwa się mocniej, nadmiernie, depresja jest natomiast pauzą w życiu, stanem permanentnego wycofania się i – mimo poczucia samotności – trudnością w byciu blisko z ludźmi. A w wieku licealnym wręcz łakniemy kontaktu z rówieśnikami i uczestniczenia w życiu społecznym.

Te objawy, o których pani mówi, brzmią poważnie. Nie jest tak, że trochę nadużywamy pojęcia „depresja" w życiu codziennym?

– Tak, choć musimy pamiętać, że depresji nie ocenia się zero-jedynkowo. Nie ma tu dychotomii na zasadzie: nie mam depresji w ogóle albo mam bardzo zaawansowaną. To bardziej skomplikowane. Każda choroba ma swoje etapy – na podstawie ich oceny decyduje się o dalszej ścieżce leczenia. Można rozpoznać depresję w stanie lekkim, średnim albo i ciężkim, który czasem kończy się hospitalizacją w szpitalu.

Przypuścimy, że stawia pani diagnozę: masz depresję. Jaka jest reakcja?

– Staram się nie mówić tego w ten sposób. Raczej podczas sesji i rozmów nazywamy sobie pewne objawy, które składają się w jakąś całość. Jednak rzadko kiedy jesteście zaskoczeni, bo w waszym pokoleniu jest wysoka świadomość – dużo czytacie, rozmawiacie i znacie siebie. Czasem do psychologa idziecie jedynie po potwierdzenie. Potrzeba czasem unaocznienia pewnych zjawisk, gdy od otoczenia słyszy się, że to wcale nie jest żadna depresja, a zwykłe lenistwo.

O znajomych już powiedzieliśmy, ale jaka jest reakcja rodziny? Myślę sobie, że część rodziców może to odebrać jako swoją porażkę.

– Jest różnie. Niektórzy dorośli są bardzo otwarci, niektórzy się niemal oburzają na zasadzie: „jak to, w mojej rodzinie coś takiego?!", a jeszcze inni reagują paniką. W szczególności na hasła „psychiatra" i „leki". A czasem po prostu nie ma innego wyjścia niż takie leczenie.

Farmakologiczne?

– Też, choć nie zawsze podłoże depresji jest typowo biologiczne. Trzeba pamiętać, że to choroba, która zmienia pracę naszego mózgu, a farmakoterapia, czyli leki, mają nam pomóc. Jest też druga strona – nasza percepcja, postrzeganie świata i siebie w nim. Depresja zmienia nasze funkcjonowanie w większości obszarów naszego życia i zaburza ocenę własnych zdolności. Innymi słowy, wszystko widzimy w czarnych barwach. Stąd właśnie depresję leczy się w dwojaki sposób – i lekami, i terapią.

Jak długo taki proces trwa? Da się w ogóle definitywnie wyleczyć depresję?

– Pewnie, że tak. Co więcej, rzadko kiedy mamy do czynienia z depresją lekooporną, w zdecydowanej części depresję leczy się skutecznie – pod warunkiem oczywiście, że damy sobie na to szansę. Jeśli chodzi zaś o czas, to bywa różnie. Wszystko zależy od tego, w jakim stanie zaczynamy chodzić na terapię. W grę wchodzi bowiem dużo zmiennych. Są zatem osoby, które w zaledwie pół roku rozprawiły się z chorobą, a są i takie, które uczęszczały na terapię rok i dłużej. Pandemia oczywiście nie ułatwia leczenia – mam klientkę, która już je kończyła, ale zachorowała na covid i doświadczyła nawrotu objawów depresji.

I wszystko od początku?

– Od początku nie, bo miała już dosyć pokaźną wiedzę o sobie, ale nie zmieniło to faktu, że ponownie potrzebowała wsparcia.

Co jako przyjaciel osoby, która na depresję choruje, mogę dla niej zrobić?

– Przede wszystkim być i nie oceniać. Nawet obok, ale zawsze wspierać i rozumieć, jaki jest jej stan i zachowania – że jest bardziej wycofana, niekoniecznie chętna na spotkania towarzyskie, inaczej reaguje na pewne sytuacje. Jednocześnie trzeba pamiętać, że nie jest to zmiana osobowości przyjaciela tudzież przyjaciółki, a zwyczajnie objawy choroby. Wszelkie więc nieprzyjemne sytuacje nie oznaczają, że przestaliśmy być dla kogoś takiego ważni. Akceptacja ze strony najbliższego otoczenia jest o tyle istotna, że młodzi często mnie pytają, czy to z nimi coś jest nie tak.

Szukają winy w sobie?

– W depresji jest masa takich zachowań, które są związane z zaburzeniami postrzegania świata, czyli właśnie dopatrywaniem się winy w sobie, co z kolei wpływa na zaniżone poczucie własnej wartości. Jedynym słowem, ogrom cierpienia.

Czego w ogóle nowoczesna rzeczywistości wymaga od młodych ludzi?

– Lepiej zapytać, czego nie wymaga (śmiech). Mam wrażenie, że presja i wymagania są ogromne. Macie prawo być w tym zagubieni, bo żyjemy w świecie ogólnej dostępności wszystkiego – wiedzy, możliwości rozwijania swoich pasji. A skoro te obszary stoją de facto przed wami otworem, to jest oczekiwanie, że będziecie lepszą wersją swoich rodziców.

Pewien nauczyciel powiedział niedawno, że w związku z tym, że mamy wszystko na wyciągnięcie ręki, nie ma wymówki, że ktoś czegoś nie umie.

– Brzmi to, jakbyście mieli się podpiąć do tego internetu na stałe. Poza tym – jestem bardzo sceptyczna co do naszego systemu edukacji, który nie pasuje do XXI wieku. Poza podstawową wiedzą należałoby uczyć, jak i gdzie skutecznie znaleźć rozwiązanie danego problemu. I z racji ogromu treści, do jakich dostęp daje nam choćby komórka, warto by nauczać, jak je selekcjonować. Za mało też nacisku kładzie się na zdolności interpersonalne – to jest coś, co może decydować o powodzeniu w przyszłości.

Skoro o tym mowa, jaki wpływ na to wszystko mają media społecznościowe?

– Dramatycznie zubożają relacje, gdyż stwarzają jedynie iluzję więzi, których w gruncie rzeczy nie mamy. Relacja na Messengerze to nie jest relacja.

Aż tak kategorycznie?

– Kategorycznie nie, ale niewątpliwie taka znajomość to jedynie fasada. Jak można kogoś poznać tylko poprzez pisanie? Trzeba wiedzieć, że 80 proc. komunikacji odbywa się na poziomie niewerbalnym. To, że siedzisz teraz nachylony w moją stronę, oznacza, iż jesteś zainteresowany tą rozmową. Jeśli ja, dajmy na to, odwróciłabym się do ciebie bokiem, to jaki byłby to sygnał? – braku zainteresowania. To są ważne sprawy, które mają znaczenie, dlatego emotikony nie zastąpią reakcji żywego człowieka. Trudno też – jak słyszę – odczytuje się stany emocjonalne ludzi, z którymi się pisze. Młodzi mówią, że nie rozumieją, co dana odpowiedź tak naprawdę oznacza. To ma potem przełożenie na ten realny świat.

Zmroziło mnie, gdy po niedawnej awarii Facebooka i Instagrama pojawiła się dyskusja o tym, jakie to może mieć psychiczne konsekwencje...

– Uzależnienie jest niesamowitą siłą, a ta sześciogodzinna awaria jedynie je obnażyła. Jeśli ktoś z jej powodu poczuł dyskomfort czy lęk, to powinien przemyśleć, jaką rolę spełniają te aplikacje w jego życiu.

Rozumiem, że uzależnienie to powód, dla którego – mimo wiadomych konsekwencji – nadal po te media sięgamy?

– Między innymi. Bywa też tak, że z tego typu komunikatorów korzystają ci, którzy nie rozwijają swoich relacji „na żywo". Media społecznościowe bowiem wydają się nam bardziej dostępne, wywołują mniej lęku i stresu. Jest to oczywiście iluzoryczne, ale tam nie czujemy się obserwowani i oceniani.

No i to skutkuje na przykład tym, że według danych co jedenasty nastolatek nie ma zaufanej osoby, której rzeczywiście mógłby się zwierzyć.

– A ilu ma znajomych na Facebooku?

Myślę, że to nie tylko kwesta social mediów, bo w ostatnich latach można spostrzec również rozluźnienie więzi rodzinnych. Paradoksalnie, bo w pandemii – przynajmniej w teorii – powinniśmy spędzać ze sobą więcej czasu.

– Właśnie. Nawet jeśli tak jest faktycznie, to jesteśmy niejako obok siebie. Nie o ilość czasu tu chodzi, a głównie o jego jakość. Jak często wchodzimy do restauracji i widzimy ludzi siedzących obok siebie i patrzących w telefony?

Bardzo często.

– Otóż to.

A to rozluźnienie relacji rodzinnych to jednoznacznie negatywne zjawisko?

– Oczywiście. Jesteśmy istotami społecznymi, potrzebujemy bliskich relacji, a żeby nauczyć się je tworzyć, musimy skądś mieć wzorce. I właśnie te wzorce mamy nabywać w domu, który stanowi ich kolebkę. Rodzina ma duży wpływ na nasze zachowania w społeczeństwie.

Podsumowując, to dobrze, że młodzi ludzie coraz częściej chodzą do psychologa?

– Myślę, że tak. Nie wydaje mi się, żeby teraz było więcej problemów niż kiedyś. Różnica polega na tym, że dzisiaj chętniej po tę pomoc sięgacie. Co więcej, ta pomoc staje się coraz bardziej dostępna, choć nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.

*Karina Milan-Szymańska – psycholożka, terapeutka TSR, psychoterapeutka CBT, nauczycielka Mindfulness.

Karina Milan-Szymańska
Karina Milan-Szymańska  Anna Schubring

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem