Bardzo nie lubię etykiet. Nazywają was "straconym pokoleniem", zaraz będą mówić, że studenci z pierwszego roku są głupsi, bo mieli naukę zdalną czy maturę łatwiejszą. Po co to? Przecież to nie ich wina, robili, co mogli! - mówi Sławomir Uziembło, doradca zawodowy.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Roch Zygmunt: „Stracone pokolenie" to dobre określenie?

Sławomir Uziembło, doradca zawodowy*: Absolutnie nie!

Irytuje mnie, gdy ktoś tak o nas mówi.

– Nie dziwię się. Dobiło mnie, gdy dzień przed powrotem do szkół jakiś ekspert w jednej z telewizji informacyjnych wyliczył, o ile mniej będziecie zarabiać. Mnie, jako doradcę zawodowego, po prostu szlag trafił. Przypomina mi się mój szkolny kolega, któremu całe życie wmawiano, że będzie nikim, a tymczasem ma firmę i w tym momencie właściwie mógłby już do końca życia nie pracować. Dlatego nie mogę słuchać takich „jasnowidzów".

Media rządzą się swoimi prawami.

– Tak, ale naprawdę – nie przesadzajmy i pomyślmy. W naszym kręgu cywilizacyjnym dostęp do nauki jest powszechny. Jeśli ktoś będzie chciał coś nadrobić, to może zapisać się na dodatkowe zajęcia w szkołach. Nie ma problemu, aby znaleźć wiedzę. Owszem, to wymaga czasu. Jeśli ktoś, mówiąc kolokwialnie, olał sobie rok, to jasne, że tego czasu będzie musiał poświęcić zdecydowanie więcej. Ale stracone pokolenie to pokolenie wojen czy ludobójstw, a my – co by nie mówić – jednak ten program realizowaliśmy. Często dzieci same sobie wmawiają, że niczego się nie nauczyły. Muszę ich wtedy wyciągnąć z tego myślenia. W trakcie takiej rozmowy niektórzy po chwili się reflektują i mówią, że jednak coś tam robili. Właśnie to „coś" stanowi naszą bazę. Albo to rozwiniemy, albo nie.

Tylko gdy słucha się opowieści dorosłych o tym, co oni robili w liceum i gdy sobie pomyślę, że siedziałem rok w domu, to trudno nie mieć wrażenia, że jest się straconym pokoleniem.

– Podczas popandemicznych zajęć część uczniów mówiła mi, że w czasie zamknięcia miała więcej czasu dla siebie, odkryła w sobie nowe zainteresowania. Gra się tak jak przeciwnik pozwala, trzeba się było dostosować. Plus jest taki, że nabraliśmy nowego doświadczenia. Wiadomo, w jakimś stopniu pogorszyły się relacje, ale słyszę też o tym, że niektórzy spotykali się na Discordzie...

Dobrze, że wróciliśmy do szkół?

– Pewnie, że dobrze! Patrząc na młodych ludzi, myślę, że zatęsknili za sobą. Chcieli już się zobaczyć, wpaść w stary rytm. Wiem jednak, że było dużo niepokoju o to, co dalej nas czeka, o oceny. Część uczniów była świadoma, jak pracowała podczas nauki zdalnej. Różne były tego przyczyny – czasem poziom samych lekcji, a czasem po prostu sami odpuścili. Swoje zrobiły także media, w których nieustannie mogliśmy usłyszeć, że zdalna nauka to nic niewnosząca bzdura.

To zależy.

– Oczywiście. Jeśli ktoś potrafił sam się zdyscyplinować i uczyć, to myślę, że nie miał większych problemów. To był test na samodzielność.

A kiedy będą wyniki tego testu?

– Już są. Teraz się o nich przekonujemy, gdy widać, ile osób musi poprawiać oceny.

Był moment szoku podczas tego powrotu?

– Zdecydowanie. Nawet dla mnie jako nauczyciela. Pierwsze od czego się odzwyczaiłem, to był hałas i całe zamieszanie w trakcie przerw.

Nauczyciele mówili mi, że dziwne dla nich było gadanie uczniów podczas lekcji.

– Rzeczywiście, bo w zdalnej szkole po prostu wyciszali mikrofony. Z jednej strony taki hałas może przeszkadzać, ale z drugiej – fajnie, że wreszcie coś zaczęło się dziać. Porównuję to do dłuższego wolnego – przecież gdy wracamy po wakacjach albo przerwie świątecznej, to pierwsze dni też są dziwne i ciężkie.

Dorośli rozumieją strach młodych?

– Trudno powiedzieć. Część rodziców, ta wspierająca, z pewnością zdawała sobie sprawę z tego, że mimo iż dziecko było w domu, to tak naprawdę było w szkole. Wielu uczniów mówiło mi, że podczas nauki online nakładano na nich dodatkowe obowiązki. Na zasadzie: skoro jesteś w domu, to zrób jeszcze to i to. Nie byli w stanie uzmysłowić sobie, że ich dzieci są w tym czasie na lekcjach, i to nie jest czas na spacer z psem czy obieranie ziemniaków. Ci rodzice mogą mieć problemy ze zrozumieniem. To zależy od konkretnej osoby, czy potrafi wejść w skórę dziecka.

Rozumiem, że to wchodzenie w skórę dziecka jest teraz rolą rodziców?

– Dobrze by było, gdyby zrozumieli, że dzieci nie wymyśliły ani pandemii, ani nauki zdalnej, i po prostu trzeba się dostosować. To też była nasza, nauczycieli, rola, żeby – szczególnie na początku epidemii – nauczyć młodych planować dzień. Tyle tylko, że to mądrość po szkodzie. Chociaż to aktualne nawet teraz – warto planować, choćby na kartce czy w aplikacji, to, co musimy zrobić i do kiedy. Niektórzy to potrafią sami z siebie, a innych trzeba do tego zmobilizować.

Nauczyciele ucieszyli się z powrotu do szkoły?

– Mieli dość nauki zdalnej, część była okrutnie wymęczona.

Mieli więcej pracy niż w stacjonarnej szkole?

– Tak, szczególnie ci, którzy przygotowywali się na każde zajęcia. Wiadomo, trzeba przygotować filmiki, zrobić prezentacje, żeby jakoś uaktywnić tych uczniów. Naprawdę się starali. Pomijam już odbieranie maili w weekendy, kiedy – w teorii – mieli wolne.

No właśnie, zdalne życie zaciera granicę pomiędzy obowiązkami a czasem wolnym.

– Niekiedy nauczyciele musieli wyznaczać granice, że w soboty, niedziele i wieczory nie odbierają maili, bo mają czas wolny.

Tego trzeba było się nauczyć, ale była różnica w organizacji pomiędzy pierwszym etapem nauki zdalnej a drugim.

– W pierwszych miesiącach trzeba było nauczyć się obsługi programów. Owszem, były wcześniej szkolenia, ale raczej z Librusa, a nie platform typu Zoom. Poza tym to było pomyślane jako dodatek do nauczania, więc jeśli komuś te metody nie podpasowały, to zwyczajnie ich nie używał. A tu nagle dodatek zamienił się w absolutny elementarz. W październiku zaś było już prościej, bo każdy wiedział, z czym to się je. Nauczyciele poznali, jak uczniowie zachowują się w internecie, bo przecież znamy przypadki wyciszania prowadzących podczas lekcji...

To chyba rzadkość...

– No właśnie niekoniecznie. Ale nie demonizowałbym – na lekcji w szkole też zdarza się, że ktoś coś głupiego powie.

A nie jest trochę tak, że wskutek tego braku kontroli, nauczyciele definitywnie stracili swój autorytet?

– Nie, aczkolwiek to zależy od tego, jak prowadzili swoje lekcje. Pierwsza rzecz – czy w ogóle było ich widać. Dalej – czy zajęcia opierały się na materiałach dodatkowych, takich jak prezentacje. Znam przypadek nauczyciela, który specjalnie kupił sobie tablicę kredową, połączył kamerkę i w ten sposób nauczał. Najważniejszy był kontakt i – mimo tego, że program trzeba realizować – jakiś rodzaj luzu. Autorytet więc raczej nie podupadł. Wręcz przeciwnie – słyszałem o takich nauczycielach, których uczniowie wcześniej skreślili, a którzy ich zaskoczyli. Bo nagle się okazało, że i sympatyczni, i nie zadają nie wiadomo ile.

Dla kogo pandemiczna szkoła była trudniejsza – dla dzieci z pierwszej klasy czy licealistów?

– Dla jednych i drugich. Młodsze dzieci, dostawszy ten smartfon, mogły się jakoś skupić, ale i tak nauczyciele z klas 1-3 stawali na głowie, by coś z tego wyniosły. Inwencja aktywizowała uczniów. Co się zaś tyczy starszych, tu dużą rolę odgrywa samodyscyplina. Trzeba wyłączyć wszystkie rozpraszacze albo spróbować jakoś połączyć je z nauką.

Koleżanka opowiadała mi, że więcej zapamiętała z matematyki, gdy robiła sobie coś w kuchni podczas lekcji.

– Coś w tym jest. Tak jak mówię, u każdego to wygląda inaczej, ważne jest, by nauczyć się samokontroli.

Pedagog Jarosław Pytlak w rozmowie z „Newsweekiem" mówi tak: „Pandemią proszę się aż tak nie przejmować. Z punktu widzenia wychowania najważniejsze jest, by dziecko trzymało pion etyczny, moralny, a to rodzice są w stanie zapewnić mu nawet podczas zdalnego nauczania". Pan się zgadza?

– Hmm... Tak, to rodzice są najlepszymi specjalistami od swoich dzieci. My, nauczyciele, możemy ewentualnie coś zasugerować, ale to i tak rodzice na samym końcu decydują. Zawsze mówię im, że, owszem, słowa uczą, ale to przykłady pociągają. Rodzic swoją postawą pokazuje dziecku drogę. Jeśli mój syn patrzy na mnie, a ja wrzeszczę, to jest większe prawdopodobieństwo, że gdy on pójdzie do przedszkola, to będzie powielał takie zachowanie. Tak samo, gdy rodzice czytają książki czy uprawiają sport, a nie leżą na kanapie. Oczywiście, w późniejszych latach młodzież się buntuje, ale przykład zawsze w głowie zostaje.

A jak w ogóle zmieniły się relacje rodzice-dzieci w trakcie pandemii?

– Nie ma jednego wzoru, natomiast z pewnością nie był to łatwy czas. Na początku było dużo strachu, nawet związanego z tak prozaicznymi czynnościami jak wyjście do sklepu. Nawet nie była to troska o siebie, ale o bliskich. Całodobowe życie w jednym mieszkaniu rodzi sytuacje, w których może dochodzić do różnych spięć czy frustracji. Jesteśmy tak skonstruowani, że łatwiej nam wszystko zrzucić na drugą osobę. A teraz odcięto nam ten wentyl bezpieczeństwa, czyli przebywanie poza domem. Znam przypadki rodzin, w których było bardzo ciężko, ale też takie, gdzie wykorzystano ten czas, aby lepiej się poznać. Z młodszymi można pograć w planszówki, z nieco starszymi szczerze porozmawiać.

Wakacje będą czasem na nadrobienie towarzyskich zaległości?

– Chciałbym. Przede wszystkim, jeśli chodzi o wyjazdy i spotkania rodzinne. Dobrze, gdyby dzieci pojeździły na obozy. Potrzebny nam będzie ten reset. Nie tylko od szkoły czy pracy, ale też w pewnym sensie od koronawirusa. Mamy za sobą naprawdę trudny czas. Pewna klasa wyliczyła, że więcej czasu spędzała nad nauką zdalnie niż stacjonarnie. Dlatego 25 czerwca to dzień wyczekiwany przez wielu.

Są młodzi ludzie, którzy przez COVID-19 porzucili swoje plany na przyszłość?

– Były takie sytuacje, że niektórzy zweryfikowali swoje plany studenckie. Ale na szczęście to jednostkowe zdarzenia.

To wynika z utraconych ambicji czy racjonalnej oceny?

– Myślę, że to drugie, choć niejednokrotnie mogą później tych decyzji żałować. Część za szybko odpuściła. Jednego chłopaka to prawie siłą musiałem zatrzymać na studiach, bo zaraz chciał rezygnować. „Daj sobie czas, poczekaj, zobaczysz, jak będzie" – mówiłem mu. I tak krok po kroku, aż w końcu nie zrezygnował, mimo tego, że musiał sporo poprawiać. Niestety jest w nas przeświadczenie, że ta matura to była łatwiejsza... Bardzo nie lubię tych etykiet. To ta sama zasada, co ze „straconym pokoleniem". Zaraz będą mówić, że studenci z pierwszego roku są głupsi, bo mieli naukę zdalną. Po co to? Przecież to nie ich wina, robili, co mogli!

Do pandemicznego życia da się przyzwyczaić?

– Do wszystkiego da się przywyknąć.

Są ludzie, którym taki model życia się podoba. Trochę mi się to nie mieści w głowie. Jak to wytłumaczyć?

– Część ma zaburzenia w rodzaju np. fobii społecznych. Im, fakt, mogło odpowiadać siedzenie w czterech ścianach. Tylko że to nie bardzo pomaga im w rozwoju, a po prostu pozwala być w strefie komfortu. Prędzej czy później trzeba wyjść z tego domu. Psychologowie brali takie osoby pod opiekę. Są oczywiście też tacy, którzy nie mają specjalnie wygórowanych potrzeb i mogą być takimi „samotnikami". Tylko to nadal jest strefa komfortu. Każdy z nas chciałby się czuć bezpiecznie, ale pytanie brzmi, czy to nas rozwija czy hoduje.

Co wynieśliśmy z pandemicznej lekcji?

– Odporność. Że jak przyjdzie trudny moment, to my możemy go jakoś przeżyć. Nie rewelacyjnie, ale dostosujemy się do reguł, i damy radę.

*Sławomir Uziembło – pedagog, terapeuta i doradca zawodowy. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej w Grudziądzu. Prowadzi fanpage na Facebooku Doradca.Z

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem