Córeczka miała operację na otwartym sercu. A w klinice stało pełno sprzętu obklejonego serduszkami. Chyba nie muszę mówić, ile zawdzięczam WOŚP.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, źródło kontrowersji oraz pozytywnych opinii. Wydaje się, że większość naszego społeczeństwa popiera akcję oraz dokłada od siebie cegiełkę na rzecz Orkiestry, tylko nieliczni plują jadem na jej dokonania. Głównym generatorem tych kontrowersji są pieniądze. Jerzy Owsiak to wspaniały człowiek o wielkim sercu. Dzięki jego pracy oraz mnóstwa wolontariuszy co roku zostaje zakupiony nowy tak potrzebny sprzęt medyczny. Czy Wielka Orkiestra Świątecznej pomocy rzeczywiście pomaga ludziom? Z jakimi opiniami można się spotkać wobec WOŚP? Przeprowadziłam wywiady z ludźmi, którzy korzystali ze sprzętu zakupionego przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy oraz z takimi, którzy brali udział w akcji zbierania pieniędzy.

"Sprzęt WOŚP uratował mojego synka"

Dziecko pani Hanny urodziło się w dwudziestym siódmym tygodniu ciąży z dosyć dużą wagą. Miało szansę na przeżycie. Przy inkubatorze, w którym leżał syn pani Hanny, stał drugi inkubator z chłopczykiem, który ważył tylko sześćset gramów. Obaj chłopcy przeżyli dzięki urządzeniom WOŚP. Na hasło Owsiaka: „Gramy do końca świata i o jeden dzień dłużej” reaguje: - Tak rzeczywiście powinno być. To akcja ratująca życie nie tylko maleńkim dzieciom, ale i seniorom”. Czy WOŚP rzeczywiście pomaga ludziom? Oczywiście, że pomaga. Uzupełnia braki w sprzęcie, który jest bardzo drogi. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest działaniem nas wszystkich, wszystkich, którzy chcą, aby służba zdrowia w Polsce działała prawidłowo. WOŚP wystartowała w roku 1993, dwa lata przed narodzinami syna. Na początku znałam akcję tylko z telewizji. Pierwszy raz spotkałam się z serduszkiem WOŚP właśnie w szpitalu, było naklejone na inkubator, w którym leżał mój synek. Natomiast w roku 2001 zmieniałam pracę, zaczęłam pracować w nowej szkole. Rok później do szkoły przyszła propozycja współpracy z naszym regionalnym sztabem. Wraz z inną nauczycielką prowadziłam samorząd uczniowski. W pewnym momencie na terenie naszej małej wsi ogłosiłyśmy Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Zaczęły wpływać różne dary, które były dla nas sporym zaskoczeniem. Przyszła pani, która zdjęła z palca swój złoty pierścionek i ofiarowała go na WOŚP. Wraz z nauczycielami składaliśmy się na rzeczy przeznaczone na licytację. Jak na nasze małe środowisko zebraliśmy sporą sumę pieniędzy. Nadal chodzę na licytację oraz zachęcam członków rodziny, aby również się zaangażowali w WOŚP.

Co sądzi pani o Jerzym Owsiaku? - dopytuję. - Uważam, że jest to człowiek, który zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla. Zorganizował akcję, jakiej nie ma żadne inne państwo. Poświęcił swoje życie, zdrowie dla dobra innych.

Pani Hanna stara się nie czytać złych opinii o WOŚP. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy uratowała życie jej dziecku. WOŚP pozostanie na całe życie dla niej ważna. Jedyne kontrowersje, z którymi się spotkała, dotyczyły pieniędzy, co znacznie ją wzburzyło. Dla pani Hanny jest niepojęte szkalować człowieka, który poświęcił się dla innych. Bardzo by chciała, żeby WOŚP grała dalej.

Jak dobrze, że Owsiak ciągle robi swoje

Pomaganie mam w naturze, zawsze udzielałam się charytatywnie, pracowałam społecznie - opowiada pani Stefania Kłobuchowska. - Nie wahałam się ani chwili w podjęciu decyzji w sprawie WOŚP. Pomagam dzieciom, szczególnie chorym, do dzisiaj. Biorę udział w licytacjach, wrzucam pieniążki do skarbonek wolontariuszy. Jak wyglądają przygotowania do licytacji? Trwają dosyć długo, zaczynały się już od października, w tym czasie odbywały się spotkania sztabu. Później zbieraliśmy chętnych wolontariuszy, szukaliśmy sponsorów wśród lokalnych przedsiębiorców, zbieraliśmy fanty na licytacje. Cenię WOŚP za to, co robi. Zbiera tyle pieniędzy, potrafi zgromadzić wokół siebie tyle osób, które są gotowe pomóc. Gra już tyle lat, w każdym szpitalu jest jakiś sprzęt z naklejonym serduszkiem WOŚP. Emocje są ogromne. Nigdy nie zapomnę dzbanuszków do mleka przyniesionych przez jednego z dyrektorów. Osiągnęły niewyobrażalną sumę. Było przy tym naprawdę sporo zabawy. Chętni ludzie przynosili swoje własne prace, jakieś wartościowe rzeczy, które chcieli przekazać na szczytny cel.

Czy pani Stefania również chwali Jerzego Owsiaka za jego dokonania? - Dziękujemy mu za to, że znalazł się taki człowiek, który się tego podjął, nie zraża się złymi opiniami na jego temat i ciągle robi swoje, co przynosi ogromne rezultaty. Potrafi pociągnąć za sobą takie rzesze ludzi jak nikt inny w naszym kraju. Chciałabym, żeby WOŚP trwał rzeczywiście do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej.

Owsiak? Niezastąpiony

- WOŚP to dobra akcja. Na sto procent pomaga dzieciom z różnymi chorobami - mówi pani Justyna Skonieczna-Pryl. Ludzie z jej najbliższego otoczenia wypowiadają się na ten temat pozytywnie, z negatywną opinią spotkała się tylko w mediach. A sam Jurek Owsiak? Zdaniem pani Justyny jest niezastąpiony, a ludzie, którzy biorą udział w akcji, nie robią tego po to, aby zarabiać dla siebie pieniądze. Robią to dla dobra innych. - Z młodości pamiętam, jak wraz ze znajomymi ruszaliśmy na ulicę po to, aby wrzucić jakiś pieniążek i mieć serduszko - opowiada. - Mieliśmy i mamy świadomość, że nie jest to tylko jedna akcja w styczniu. Trwa znacznie dłużej, w styczniu odbywa się jej finał.

Czy ktoś z pani bliskich miał styczność ze sprzętem zakupionym właśnie przez Orkiestrę? - pytam. - Kiedy urodził się mój synek, były zbierane pieniążki na sprzęt do badania słuchu u noworodków. Moje dziecko właśnie z tego skorzystało. To niesamowite emocje, kiedy niesie się swoje maleństwo i widzi serduszko naklejone na aparaturze - mówi kobieta.

Sercem za WOŚP

Pani Jolanta Westfal: - Urodziłam troje dzieci. Wszystkie miały przeprowadzone badanie przesiewowe słuchu. Na otrzymanych wtedy certyfikatach widniało serduszko WOŚP. Moi dwaj synowie mieli żółtaczkę poporodową, leżeli w inkubatorach, byli naświetlani, inkubatory również były oznaczone serduszkiem. Popieram Orkiestrę całym sercem. Kojarzy mi się z ludzką serdecznością, dobrem oraz niesieniem pomocy potrzebującym. W moim środowisku wszyscy są pozytywnie nastawieni do WOŚP, aczkolwiek spotkałam się z negatywnymi opiniami oraz oskarżeniami wobec Jerzego Owsiaka. To przykre i niesprawiedliwe, nie mam pojęcia, co może kierować tymi ludźmi. Ogromne serce i szacunek dla niego, a także dla udzielającej się młodzieży. W nich jest nadzieja, aby ta wspaniała inicjatywa przetrwała oraz by szerzyli to dobro, które od Orkiestry emanuje.

Pani Gosia nie kryje, że wszystkie jej dzieci skorzystały z „orkiestrowej” aparatury. - Szczególnie moja najmłodsza córeczka - opowiada. - Była na oddziale kardiochirurgii. Tam tych serduszek na sprzęcie było pełno. Miała operację na otwartym sercu. Sprzęt wspomagał pracę serca oraz je monitorował. Pamiętam również dwójkę dzieci, która skorzystała ze sztucznej komory sercowej. Jak wyglądał zabieg oraz jak to wszystko się zaczęło? Dowiedziałam się w ciąży, że moja córka urodzi się z wadą serduszka. W pierwszym etapie badań miała również stwierdzone dwie choroby genetyczne, nie był to łatwy czas. Po następnych badaniach okazało się jednak, że tych chorób genetycznych nie ma, ale wada serduszka nadal jest. Jak już się urodziła, okazało się, że prawdopodobnie wszystko jest dobrze, nie ma żadnej wady serca. Po upływie dwóch miesięcy miała zapchane kanaliki łzowe, musiała mieć zabieg pod narkozą. Zwróciłam się do anestezjologa, by się upewnić, czy tej wady serca na pewno nie ma. Skierował nas do kardiologa, okazało się, że wadę ma bardzo dużą - ewidentny ubytek przegrody. Zostaliśmy wysłani do Warszawy na oddział kardiologii. Mieliśmy wyznaczony termin, aczkolwiek córce spadła odporność. Dopiero za drugim razem została zakwalifikowana do zabiegu. Miał być na drugi dzień, nie płakałam, ale byłam przerażona. Nie mogliśmy wejść za drzwi bloku operacyjnego. Na szczęście zabieg się udał, córka była na OIOM-ie dwadzieścia cztery godziny, w tym czasie nie mogliśmy do niej wejść. Na drugi dzień została przeniesiona na salę pooperacyjną, miała niecałe dwa lata. Gdy się nad nią pochyliłam, uderzyła mnie w twarz, nie mogłam przy niej zostać, gdyż mnie odtrącała. Tej nocy został z nią mąż. Na następny dzień było już wszystko dobrze, mogłam przy niej być. Była cała okablowana. W ciągu następnych dni została przeniesiona na normalną salę, gdzie mogliśmy już być z nią we dwójkę z mężem. Następnie zaczęła się rehabilitacja, gdyż po zabiegu nie mogła normalnie chodzić. Musieliśmy ją podnosić jak niemowlę. Teraz jest już dobrze. Po trzech latach przestaliśmy jeździć do Centrum Zdrowia Dziecka, ponieważ nic złego się nie działo. Nadal pozostajemy pod opieką kardiologiczną. Chyba nie muszę dodawać, ile Orkiestrze zawdzięczam.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem