Andrzej Tyczyno: Skąd u ciebie takie zaangażowanie w promowaniu odblasków? Straciłeś kogoś bliskiego w wypadku?

Sławomir Piotrowski: Zazwyczaj jest taka motywacja, o której wspomniałeś. Ze mną było jednak inaczej. Jakieś 20 lat temu nasze dzieci zdawały na kartę rowerową. Kiedyś policja prowadziła takie egzaminy. Dzieciaki przyniosły „materiały” do nauki: kilka kartek A4, któreś z kolei ksero jakiegoś ksera, a przecież znaki drogowe nie są czarno-białe, czytelność tego była więc, umówmy się, średnia. Zdenerwowaliśmy się i zaczęliśmy szukać pomocy naukowych. Okazało się, że takich nie ma.

Mówisz „my”, myślisz o...

–...żonie Danucie. Pomyśleliśmy, że skoro nie można tego kupić, razem takie materiały stworzymy. Wymyśliliśmy książeczkę rowerową z konkretnymi sytuacjami drogowymi. Chcieliśmy promować prawidłowe zachowania, ale szybko okazało się, że to się nie sprawdzi. Nauczyciele, policjanci i psychologowie przekonywali nas, że nikt nie zwraca uwagi na rzeczy dobre, lepiej pokazywać te złe i je piętnować. Konkretne sytuacje narysował świetny rysownik, nieżyjący już Marek Rona. Udało nam się znaleźć sponsorów. I tak ta książeczka powstała.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej