Aleksandra Lewińska: Grozicie, że jak głodówka nie podziała, to rezydenci zrezygnują z dodatkowych prac. Jest się czego bać?

Bartosz Fiałek: – To broń ostateczna. Najbardziej dotkliwa.

Bo?

– Bo przyjedziesz z kolką nerkową w środku nocy do „wieczorynki” i pocałujesz klamkę.

???

– Wieczorynką nazywamy „nocną i świąteczną opiekę lekarską”. Albo w poradni rodzinnej przeczytasz kartkę, że lekarza nie ma. Zadzwonisz po karetkę, a ona przyjedzie, ale bez lekarza. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak i gdzie pracują rezydenci.

Wielu zakłada, że to lekarz „na przyuczeniu”.

– Uczniak, który biega z notesem za profesorem. Bzdura! Jesteśmy pełnoprawnymi lekarzami. Leczymy was, podejmujemy decyzje i odpowiadamy za nie. Jeśli w osiedlowej przychodni przyjmuje cię młody lekarz, to najpewniej rezydent. W nocnej i świątecznej opiece lekarskiej – pracują niemal sami rezydenci, specjaliści się nie garną. W szpitalnych oddziałach ratunkowych i na izbach przyjęć – głównie rezydenci. W karetce pogotowia oznaczonej literą „S”, czyli specjalistycznej, w której musi być lekarz – rezydenci.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej