Aleksandra Lewińska: Miał być "Mistrz z Bydgoszczy".

Maciej Jasiński: Bo Wróblewski to pierwsza liga polskiego komiksu, obok Grzegorza Rosińskiego od "Thorgala" czy Janusza Christy, autora "Kajka i Kokosza". Niekwestionowany mistrz.

Tyle że nie z Bydgoszczy.

- Większość życia tu spędził. Ale urodził się w Inowrocławiu, tam jeszcze mieszkał, gdy zaczynał rysować do gazet. I Inowrocław zaczął się w ostatnich latach o Wróblewskiego upominać, nazwał nawet jego imieniem jedną z ulic. Wtedy poczułem, że dając książce tytuł "Mistrz z Bydgoszczy", będę się musiał wciąż z niego tłumaczyć.

Ten pierwszy tytuł wymyśliłeś dekadę temu.

- Wtedy zakładałem, że z pisaniem książki uwinę się w rok. W 2005 r. zacząłem zbierać materiały do niezbyt dużej publikacji: trochę biografii, przegląd komiksów

Ale...

- Ale córka Wróblewskiego - Magdalena, otworzyła przede mną dwudrzwiową, wysoką pod sufit, ogromną szafę. W niej znalazłem kilkadziesiąt kartonów z pamiątkami po ojcu. Samo przejrzenie ich zajęło mi niemal dwa lata. W kartonach było wszystko: od pokwitowań za odbiór paczek z komiksami z poczty, przez umowy z wydawnictwami, po szkice i próbne wersje plansz czy okładek. Wszystko skrzętnie przechowywane w wieżowcu na Skrzetusku, mimo że właśnie mija ćwierć wieku od śmierci Wróblewskiego. Córka miała świadomość, że tam mogą być rzeczy bardzo ważne.

Były?

- Były. Dzięki tym dokumentom udało mi się odtworzyć kulisy powstawania komiksów w PRL-u. Ustaliłem np., że Binio Bill powstał wiele lat wcześniej, niż był ostatecznie wydany. Wróblewski zaproponował go wydawnictwu "Sport i Turystyka", temu samemu, co wydawało Żbika. Zachowała się odpowiedź, że pomysł się podoba, ale "z uwagi na ograniczony przydział papieru" nie mogą wydrukować komiksu. Binio Bill miał ukazać się później w "Relaxie". Pierwszy odcinek miał być opublikowany w czwartym numerze. Ale "Relax" się zmienił. I z pisma humorystyczno-przygodowego stał się pismem historyczno-propagandowym. Na dowcipny western już miejsca nie było. Pojawił się za to komiks o komunistycznych bojownikach wspieranych przez ZSRR w Angoli.

Wróblewski też musiał z systemem sympatyzować.

- Skąd ta pewność?

Trudno inaczej myśleć o autorze komiksów o dzielnym milicjancie.

- Rysował to, za co płacili wydawcy.

Ale z dużym zapałem. Rysował przecież także w wojsku.

- Ale o czym? O zabawnych przygodach szeregowca Kromki i Rakiety. Nie sympatyzował z PRL-em. Dla mnie kluczowym dowodem na to, że Wróblewskiemu idee PRL-u były raczej obce, jest jego współpraca z pismem "Karuzela". W latach 60. było w nim mnóstwo żartów z amerykańskich, czy zachodnioniemieckich przywódców, wyśmiewany był kapitalizm, a gloryfikowana polityka krajowa. Wielu autorów ochoczo takie żarty przysyłało. A Wróblewski - nie. Jego żarty nie były polityczne, nie szły po linii partii. Natomiast później, gdy już można było sobie pozwolić na żarty z tego, co się w kraju dzieje, jego rysunki zaczęły zahaczać o lokalną politykę. Kpił z partyjnych przemówień czy jakości PRL-owskiego budownictwa. Wróblewski na co dzień nie angażował się politycznie, nie wypowiadał się publicznie na ten temat, a w jego archiwum można znaleźć szkice i rysunki, za które mógł w PRL trafić nawet do więzienia - być może stanowiły próbę odreagowania po rysowaniu przygód Żbika.

Ale to Żbik przyniósł mu popularność.

- Niektóre zeszyty "Kapitana Żbika" w dwóch wydaniach osiągały nakłady po 300 tys. egzemplarzy. Rozchodziły się w całości. I wzbudzały emocje. Władysław Krupka, scenarzysta Żbika, opowiadał mi, że czytelnicy na tyle ufali komiksowemu milicjantowi, że wielu traktowało go jak kogoś bliskiego. Pisali listy do niego, co ciekawe - on pisał też do nich. Listy Żbika były też drukowane na wewnętrznej stronie okładki komiksów. Przychodziły tysiące odpowiedzi, a w nich: osobiste zwierzenia, informacje o niewykrytych przestępstwach czy propozycje matrymonialne, do których kobiety załączały zdjęcia.

Krupka też jest bydgoszczaninem.

- Pochodzi z Bydgoszczy, dziś ma 90 lat i od dawna mieszka w Warszawie. W czasach PRL-u kierował w MO wydziałem zajmującym się współpracą z reżimowymi literatami, dziennikarzami radia i telewizji, wydawnictwami. Sam też pisał pod pseudonimem powieści kryminalne.

Seria była kultowa, ale artystycznie trudno ją uznać za arcydzieło.

- Najlepszy okres w komiksowej karierze Wróblewski miał trochę później, przypadł na lata 80., kiedy seria z kapitanem Żbikiem już nie była wydawana - ostatni jej zeszyt ukazał się w 1982 r. Dostawał do zilustrowania coraz lepsze scenariusze, dzięki którym mógł w pełni zaprezentować swój warsztat, nie musiał już rysować zaangażowanych historii. Wtedy powstały m.in.: "Figurki z Tilos", "Skradziony skarb" czy "Hernan Cortes i podbój Meksyku". Mogę pokusić się nawet o stwierdzenie, że to jeden z najlepiej narysowanych europejskich komiksów historycznych.

Jakim człowiekiem był Wróblewski?

- Tytanem pracy.

Samotnikiem?

- Raczej nie. Ale gdy miał zadanie, to wstawał o godz. 5 i rysował, aż nie skończył. I zawsze starał się rysować na 100 procent swoich możliwości.

A potem wydawnictwo przysyłało listę poprawek.

- Długie wykazy poprawek dostawał tylko na początku. Zachowały się poprawki nadesłane do pierwszego jego zeszytu "Kapitana Żbika": topielec miał bardziej wyglądać na żywego niż martwego, plamy na niebie trzeba zlikwidować, a skarpetki harcerzy pomalować na zielono.

A czasem milicjanci nie spodobali się cenzurze.

- Bywało. Z czasem jednak tych poprawek było coraz mniej, po dwie, po trzy do wydania. Drobiazgi.

Na przykład, by zasłonić Ewie pośladki w Biblii.

- Narysowanie krzaczka zasłaniającego pupę nie było wyczynem dla Wróblewskiego. W przypadku komiksowej Biblii poprawek było kilka. Bóg miał zbyt surową twarz, trzeba było poprawić tekst, bo w pierwszej wersji Biblia zaczynała się od słów "Dawno, dawno temu...".

Komiks w PRL-u był rozchwytywany, ale prasę miał złą.

- To jak z Eurowizją i Michałem Szpakiem. Jury mówi swoje, a publiczność głosuje po swojemu. Ludzie się w nich zaczytywali, a nawet uznani publicyści o komiksie w latach 70. pisali źle.

Co pisali?

- O ile zaliczyli komiks do literatury, uznawali za najpodlejszą. Początkowo komiks śmierdział "zachodnią zgnilizną". W "Szpilkach" w 1971 r. pisano tak: "Oto na przykład zupełnie inny gatunek prezentuje jedno wydawnictwo, które w skompromitowanej i dawno wyśmianej formie zachodniego komiksu wydaje broszury o przygodach pewnego fajtłapy nazwiskiem Żbik. Jest to detektyw amator, który udaje pracownika polskiej służby kryminalnej". Albo Anna Borkowska, w 1977 r. na łamach "Perspektyw": "Niestety przygody naszego »supermana « Żbika nie dosyć, że w prymitywny i bałamutny sposób przedstawiają pracę milicji, są jeszcze w dodatku szkołą złego smaku plastycznego". Mimo krytyki komiksy sprzedawały się rewelacyjnie. Aż 14 spośród zeszytów narysowanych przez Wróblewskiego doczekało się wznowień.

Kiedy komiks został dowartościowany?

- W Polsce? Jeszcze w połowie lat 90. nie był uznawany za coś wartościowego. Pamiętam, że gdy kolega przygotował pracę dyplomową na koniec liceum plastycznego w formie komiksowych plansz, usłyszał: "ciekawe to, tylko dlaczego te rysunki podzielone na części?". Totalne nieporozumienie. Wydaje mi się, że dopiero w ostatnich 15 latach komiksy zostały docenione. Ukazały się w Polsce dzieła wybitne, jak "Incal", "Strażnicy", "Blankets", "Prosto z piekła" czy seria "Sandman", do której scenariusz pisze uznany pisarz Neil Gaiman. Wznowiono też polskie klasyki w ostatnich latach, a o komiksach pisze też mainstreamowa prasa.

A środowisko mocno się konsoliduje.

- Mamy konwenty, spotkania. Już wcale nie niszowe. Podczas Targów Książki w Warszawie od kilku lat jest organizowana "Komiksowa Warszawa", co też o czymś świadczy. Od jakichś trzech lat wydawnictwa uznały, że warto wychować sobie młodego czytelnika. Wydawnictwo Kultura Gniewu na jutrzejszych targach będzie promować trzecią część serii "Detektyw Miś Zbyś na tropie", do której piszę scenariusze. Natomiast wydawnictwo Egmont organizuje konkursy na komiksy dla dzieci i drukuje prace laureatów.

W Bydgoszczy to środowisko komiksowe jest mocne?

- Z naszego miasta pochodzi kilkunastu czynnych i docenianych w kraju rysowników. Wśród nich: Jacek Michalski, który właśnie kończy kolejny zeszyt serii "Tajemnice D.A.G. Fabrik Bromberg", Andrzej Janicki - ostatnio niewiele rysuje, ale ma na koncie m.in. serię "Red", jest też współautorem komiksu o kopalni Wujek, Krzysztof Wyrzykowski, autor komiksów historycznych, m.in. o Westerplatte, czy Akcji pod Arsenałem, Jacek Przybylski, który w ubiegłym roku stworzył komiks o Józefie Makowskim, czy Michał Śledziński, twórca popularnego Osiedla Swoboda. Są też Krzysztof Trystuła, Łukasz Ciaciuch, Maciej Simiński, Janusz Wyrzykowski, Szymon Kaźmierczak. To wszystko nazwiska rozpoznawalne w Polsce.

Oczywiście nie tak jak Wróblewski.

- Dlatego szkoda, że Bydgoszcz nie wpadła na taki pomysł jak Inowrocław i nie promuje się przez postać Wróblewskiego. To było możliwe, bo w środowisku Wróblewski funkcjonuje jako bydgoszczanin. Ulicy nazwanej jego imieniem mieć nie będziemy, bo inny Wróblewski doczekał się takiego upamiętnienia, patronuje malutkiej uliczce w Fordonie. Ale można pomyśleć o innej formie. Większego niż Wróblewski grafika miasto nie miało. Komiksy przez niego rysowane ukazały się przecież aż w 14 mln egzemplarzy!

Są szanse, że ktoś powtórzy ten sukces?

- Żadnych! Z polskich twórców podzielił go chyba tylko Grzegorz Rosiński. I to się już nie zdarzy. Dziś komiksy wydawane są średnio w nakładach tysiąc, do trzech tysięcy. Nie ma szans, by sprzedawać w milionach, jak serię o Kapitanie Żbiku.

* Jasiński o Wróblewskim

Książka Macieja Jasińskiego "Jerzy Wróblewski. Okiem współczesnych artystów komiksowych" będzie miała premierę w sobotę podczas Warszawskich Targów Książki na Stadionie Narodowym. Tego dnia autor będzie rozdawał autografy, a w niedzielę o godz. 14 obędzie się spotkanie autorskie. Jasiński jest scenarzystą komiksowym (m.in. "Solidarność 25 lat", "Ksiądz Jerzy Popiełuszko: Cena wolności", "1956: Poznański Czerwiec", "Buszujący w Bydgoszczy", "Józef Makowski-Mój dziennik", "Krasnolud Nap: Smocza kraina"), w latach 2011-2015 był stałym współpracownikiem bydgoskiej "Wyborczej".